Znalazłem bowiem skarb wielki, miłość Braci. Znalazłem to czego dziś tak wielu ludziom brakuje. — Grzegorz

Czytelnia

Jesteś alkoholikiem… – kto ma to powiedzieć?

                                            Fragmenty książki „Dziecko i księżyc” ojca Aime Duvala.

 

Droga

 

Trzeba dużo bowiem czasu, by doprowadzić do zrozumienia, że alkoholizm jest chorobą rozwijającą się bardzo powoli, ale że wychodzi się z niej przy pewnej dawce odwagi, przy dużej dawce pokory a także przy odrobinie cierpliwości. Nie miałem żadnych predyspozycji, by stać się alkoholikiem. Po matce nie odziedziczyłem lenistwa. Przeciwnie, dała mi przykład gorliwej energii. Nigdy nie widziałem, by się wylegiwała. Wstawała przed wszystkimi, rozpalała w piecach, przygotowywała jedzenie dla zwierząt i nastawiała kawę dla całej rodziny. Jeśli mi powiecie, że alkoholicy są nierobami, to nie przy matce poznałem smak nic nierobienia.

 

Czy rodzice byli bigotami?

 

Nigdy nie mówili o Bogu. Odmawialiśmy jednak wieczorną modlitwę w rodzinnym gronie. Tatuś na klęczkach, z głową w dłoniach, z łokciami opartymi o siedzenie krzesła, wtórował modlitwie mej siostry Heleny… Jak wobec tego może stać się alkoholikiem ten uśmiechnięty chłopczyk przy jasnym blasku księżyca w pełni, otoczony opieką ojca i dużego owczarka alzackiego Sama oraz chroniony grubymi na trzy łokcie murami rodzinnego domu. I najedzony do syta chrupiącym chlebem czułości…

 

Staczanie się

 

Był w mojej chorobie etap euforii, który mieści się w czasie od 1958 do około 1965 r. Alkohol pomagał mi wjeździe samochodem, w śpiewie, w rozmyślaniu, w modlitwie. W miejscu, w którym trzymam butelkę wody z Plombieres, miałem często butelkę wina. Miło wspominam te butelki, które mi dawali, z połową zawartości, przyjaciele z Levallois-Perret. Jedną na jedną podróż oczywiście. Pewnie leżą jeszcze po poboczach autostrad Paryż – Lyon, Paryż – Nicea, Paryż – Monachium, Paryż ? Bordeaux. Wino pomagało mi nawet w komponowaniu pieśni, nadawało im zabarwienie nostalgii lub gniewu, wyczerpania lub oczekiwania nieba, w którym będziemy pili z „nową Ludzkością” fantastyczne wina.

 

Bardzo silnym uczuciem, które skłoniło mnie do picia, było głębokie współczucie dla pokrzywdzonych. Nie mogłem oswoić się z nędzą wielu ludzi, z ich chorobą, poniżeniem, ubóstwem, z ich osamotnieniem. Ciało alkoholizuje się powoli, a dusza bardzo powoli, wchodzi w nierozerwalny związek z alkoholem. I rozbrat nie będzie łatwy. Nie dostrzegałem zbliżania się choroby alkoholowej, gdy nadchodziła. Czułem, że coś się zmienia w moim umyśle, w moim zachowaniu się wobec alkoholu. Byłem na coś chory, ale nie wiedziałem na co. Ta choroba rozwijała się w ukryciu, w całkowitej nieświadomości. Powtarzam się, ale proszę zrozumieć, że od roku 1957 do 1968 przeżywałem, do granic wytrzymałości, udręki biedaków, chorych, załamanych więźniów, wdowców, sierot, rozwiedzionych starców, umysłowo chorych, księży pozbawionych sutanny zdradzonych mężów.

 

Czy to jest przyczyną mojego alkoholizmu?

 

Nie. To zmęczenie jest jedną z okoliczności jego nadchodzenia. Powody picia są jednak dużo głębsze. Miałem także serdeczną przyjaciółkę z dawien dawna. Na imię jej Pascale. Poznałem ją jak miała trzynaście lat i uczyła siew szkole średniej prowadzonej przez siostry. Niektóre siostry były dla niej przykre i niesprawiedliwe. Jeśli chcesz, będziesz moją córką na zawsze i będę Cię bronić – powiedziałem jej. Od pierwszego dnia mówiła mi mój ojcze kochany, a ja nazywałem ją moją ukochaną córeczką. To trwa już trzynaście lat. Jeszcze jedna cecha charakterystyczna dla alkoholika: jest słaby, ale jest wierny.

 

Pewnego dnia, przykro mi o tym mówić, uderzyłem ją w twarz, z jakiegoś bardzo błahego powodu. Choroba jest już daleko posunięta, gdy człowiek zaczyna ranić przyjaźnie, na których mu najbardziej zależy. Gdy alkoholik jest żonaty, żona widzi, że on pije, żona płacze, upomina go. On nie przestaje pić, ale wie, że jego choroba stwarza problemy. Co do mnie, nie uświadamiałem sobie nawet, że alkohol wciąga mnie w otchłań. Ściśle łączona z tą chorobą zła reputacja przeszkadzała moim przyjaciołom jezuitom powiedzieć: „Skończ z tym”. Im bardziej choroba postępowała, tym bardziej milczeli, tym więcej czułem się osamotniony. Im bardziej czułem się osamotniony, tym więcej piłem. Im więcej piłem, tym bardziej oni się bali. To jest zamknięte koło.

 

Dno

 

Najbardziej niepokoiła mnie chyba niemożność wydania bezstronnego sądu o sobie i innych. Myślałem na przykład: Piję może trochę za dużo. Ale to z powodu moich współbraci, którzy się do mnie ozięble odnoszą, podczas gdy w rzeczywistości oni przyjmowali mnie chłodno, dlatego, że piłem za dużo. Piję może trochę za dużo, ale to z powodu koncertów, które mnie wyczerpują, tymczasem męczyłem się na koncertach dlatego, że alkohol mnie osłabiał. Piję może trochę za dużo, ale z powodu mego przełożonego, który się na mnie boczy, podczas gdy de facto on był przerażony moim zachowaniem, tym, że się wymykam, uciekam.

 

Luty 1969, nie mogę już żyć. Nie mogę znieść siebie takim, jaki jestem ani świata takiego, jaki jest. Tego świata skąpego, bezlitosnego, goniącego za pieniądzem, świata takiego, jaki jest. Tego świata, który ma ciągle słowa „nauka i rozum” na ustach, a nigdy słowa miłość. Chciałem wtedy odejść ku krajom szczęśliwym, ku krainom, gdzie czekają na mnie ludzie dobrej woli, wokół wspaniałego Pana Jezusa Chrystusa. W życiu alkoholika jest tyle rzeczy zadziwiających, że nie stara się ich nawet wyjaśnić. W szpitalu pobrano mi natychmiast krew i wstrzyknięto mi kilka ampułek witaminy K dla przywrócenia normalnej krzepkości krwi. Nie podziękowałem. Wstyd? Gniew? Obojętność w stosunku do wydarzenia? Z pewnością trochę tego wszystkiego razem.

 

Rozpoznanie choroby

 

A więc ja jestem alkoholikiem, a wszystko co mi się przytrafia, to jest alkoholizm. Dlaczego tego nie wiedziałem? Pierwsza przyczyna powierzchowna, chociaż istotna. Ponieważ nie miałem czasu, by zajmować się sobą (moje życie toczyło się o wiele za szybko). Druga przyczyna jest poważniejsza. Wypierałem się przed sobą, że mam problem alkoholowy. Jest rzeczywiście trudno pogodzić się z myślą, że się ma problem z alkoholem, gdy się nie widzi jego rozwiązania. Jeśli alkoholik nie widzi wyjścia z sytuacji, pije dalej i zalewa swój problem. Ukrywa go przed sobą i ukrywa go przed innymi.

 

Alkoholik cierpi na chorobę fizyczną, rozwijającą się i nieuleczalną, ponieważ jego wątroba nieuleczalnie zatraca coraz bardziej swą właściwość przetwarzania alkoholu. Alkoholik poza tym, cierpi na niedomogę psychiczną, bardzo różnorodną w swej właściwości i w intensywności. To niedomaganie jest u podstawy jego pragnienia picia, jego zapotrzebowania na alkohol. Alkoholik nie poczuwa się do winy, za to niedomaganie psychiczne i często nie jest go nawet świadom. Po przebytym doświadczeniu trzeba mi było około pięciu lat, by zorientować się w sobie, znaleźć naturę tego niedomagania.

 

Jestem chory. Nie niechluj, nie odpychający facet. I ta całkiem nowa prawda uszczęśliwia mnie. Chory, rozumiecie? Wy którzy na mnie z ukosa patrzycie, którzy osądzacie mnie, którzy odwracacie głowę na ulicy, którzy ostentacyjnie pociągacie nosem, gdy mówię wam dzień dobry, wy którzy mnie lekceważycie, gdy moje słowa się wikłają i gdy moje łapy drżą. Jestem chory, to prawda, ale miałem chętkę powiedzieć na stronie: jesteście nieuczciwi pogardzając mną, nie starając się mnie rozumieć, skreślając mnie z listy żyjących. Alkoholizm jest chorobą, nie wadą. To jest cierpienie, nie przyjemność. To jest niewola, nie ubaw.

 

Dzisiaj, znając lepiej chorobę, wiem, że sęk problemu tkwił we mnie, nie chodziło o zmianę zawodu, chodziło o zmianę myślenia. Zmienić zawód, zmienić kraj, ożenić się, to byłbym mógł zrobić. Ale co to zmienia w mentalności?Chodziło w istocie o coś większego niż o zerwanie z nawykiem. Alkohol był czymś więcej niż nawykiem, to była potrzeba psychiczna. Czułem niejasno, że to nie przez przypadek człowiek staje się alkoholikiem, lecz z konieczności. Z konieczności biologicznej -może, ale z konieczności psychicznej – na pewno.

 

Pierwsze spotkanie z Anonimowymi Alkoholikami

 

Moja choroba kieruje się na trudną drogę wzwyż. Około Wielkanocy 1979 lekarz powiedział mi tak: w Versailles istnieje grupa Anonimowych Alkoholików. Spotykają się w każdy piątek. Jeśli pan będzie chciał tam pójść, ktoś, po pana przyjedzie…Nigdy o nich nie słyszałem. Nie wyobraża-łem sobie, by mogli coś dla mnie zrobić. Proszę pomyśleć, pijacy, krzykacze, zarozumialcy, znam to za dobrze. Oni nie są lepsi ode mnie. Z uporem narzucał mi się pewien argument. Jeśli jeden al-koholik nie może skończyć z alkoholizmem, to i dwudziestu temu nie podoła. Jeden alkoholik plus dwudziestu alkoholików to jest dwudziestu jeden alkoholików. Byłem ponuro dumny z tej logiki. (Powinienem był wiedzieć, ze logika nie ma nic wspólnego z alkoholizmem, ale chętnie o tym zapomniałem). Jeśli jesteś alkoholikiem, zrozumiesz łatwo, jakie niepokoje mną targały podczas kilku dni. Należy pójść, nie należy iść tam, należy jeszcze ten ostatni raz zaufać, trzeba zamknąć oczy i o niczym nie decydować. Coś złamało się w moim umyśle. Wstyd. A potem hardość. I poza tym rozpacz, która wtedy przeżywała swoje ostatnie chwile na zawsze. Mówię, że na zawsze, bo rozpacz (jak jakiś potwór), zrodziła się, żyła, a teraz umierała.

 

Anonimowi Alkoholicy (AA) są wspólnotą mężczyzn i kobiet, którzy dzielą się nawzajem doświadczeniem siłą i nadzieją, aby rozwiązać gnębiący ich problem. Jedynym celem AA jest pozostanie trzeźwym i pomaganie innym alkoholikom, żeby się takimi stali. W konsekwencji AA są grupą osób, dla których alkohol stał się problemem najważniejszym, które zdecydowały się przyjąć nowy sposób życia. Jesteśmy anonimowi w tym celu, by kwestie prestiżu, dyplomów, kultury czy polityki nie wpływały na nas i nie dzieliły. Będziemy potrzebować naszych połączonych sił, by wydostać się z nieszczęścia, w które alkohol nas wprowadził. W zasadzie, to co mnie naprawdę przerażało, to zachęta, jakami robiono, by widzieć siebie takim, jaki jestem i kochać siebie. Wyciągnąć z dna stojącej wody, całe nagromadzone tam od tylu lat błoto.

 

Moja wyobraźnia, jak wahadło – zawsze była taka moja wyobraźnia – wraca do wieczoru z AA. Nie przyśniło mi się. Widziałem was szczęśliwych: Christiane, Gerard były więźneń, Pierre… Wszyscy powiedzieliście mi, że nie można wybrnąć z tego samemu. Kilka strof Eluarda przychodzi mi tu na myśl:

 

Nie dojdziemy do celu

Każdy z osobna, lecz dwójkami…

Pierwsze kroki w nowym świecie

Byłem tak spragniony szacunku dla siebie.

 

Ogromnie chciałem zrozumieć, co mi się przydarzyło. Bezustannie rozważałem słowa usłyszane u AA w Versailles. I nieodparcie wracałem do słów Pierra: „Kochaj siebie, Lucien”. Po dwóch miesią-cach, ulegając na nowo dawnej namiętności niesienia pomocy innym, wstąpiłem do miejscowej grupy SOS. Uczestniczyłem w kilku zebraniach organizacyjnych i pojawiłem się nawet na kilku nocnych dyżurach autentycznego słuchania zwierzeń. Ale wnet spostrzegłem, że jest to dla mnie niebezpieczne, że popadam w swoje manie bawienia się w ratownika zawsze gotowego nieść pomoc i że w ten sposób narażam się na rozpicie, opłakując los rozbitków. „Kochaj siebie, Lucien.” Miałem nauczyć się wszystkiego z tej maksymy.

 

Nasza choroba jest dla nas bardzo ważnym problemem, jeśli go rozwiążemy, wszystko się ułoży. Po kilku próbach powiedzenia, że nie tylko alkohol istnieje w życiu, że ambicją człowieka jest, by stworzył sobie jakiś ideał i realizował go – jednym słowem przekazaniu myśli, które nurtowały mnie od dawna. Przyjaciele z AA, dawali mi niezmienną odpowiedź: Jak chcesz przeprowadzić swoje zamierzenia, jeśli nie będziesz trzeźwy? To jest warunek nieodzowny. Ale postąpisz jak chcesz. Zauważyłem, że w AA mówi się tylko o sobie. Nie o polityce, nie o medycynie, nie o zdrowiu, nie o kosztach alkoholizmu, nie o niedomaganiach władz. Nie o szkodliwych skutkach alkoholu, nie o propagandzie przeciwalkoholowej. Ponieważ praca nad sobą jest wystarczająco olbrzymia, by nie trwonić energii. I niewątpliwie tak samo trudno jest zmienić siebie, jak i świat. A chęć zmienienia świata jest niekiedy dobrym alibi, by nie zmieniać samego siebie. Jedno jest ważne: w grupie każdy się pokrzepia i nabiera sił po to, by nie umrzeć w samotności i poniżeniu. Wszystko inne ma małe znaczenie.

 

Prawda uzdrawia

 

Wychodząc z piekła alkoholowego stwierdzam, że moja odwaga na nic się zdała. A miałem odwagę, proszę mnie nie uważać za tchórza. Zmuszanie siebie nie przyniosło nic. Ileż to razy powiedziałem sobie, zaciskając zęby: przestaniesz nareszcie pić, czy nie? Łzy nad samym sobą też nie dały nic, doprawdy zupełnie nic. Jeśli jest jakiś lek bezskuteczny, to właśnie płacz. Forsa, na nic mi się zdała, chyba do rzucenia jej na kolana jakiegoś kloszarda, w drodze do jednego. Ale nie stawałem się przez to bardziej w porządku. Moja duma, na nic się zdała, chyba do staranniejszego ukrywania się, by mnie nie przyłapano na piciu wprost z butelki. Ileż u razy powiedziałem sobie: Opanuj się, jesteś przecież dla milionów ludzi Lucienem. Te zrywy dumy w ogóle mi nie pomagały.Inteligencja, na nic mi się zdała. Chyba do zrozumienia jeszcze przed poznaniem doktora Fouąueta, że biegnę ku śmierci. A po poznaniu doktora, że to z powodu alkoholu. Przyrzeczenia dawane Bogu i Jego świętym, na co to? Skoro z góry wiedziałem, że nie będę mógł ich dotrzymać. Modlitwa, nawet modlitwa w niczym nie pomagała. Chyba tylk, że umiałem zaakceptować sposób wyjścia z sytuacji. Dzisiaj wiem, że Bóg nie pracuje sam, ale że posługuje się rękoma ludzi, moich braci.

Nie roztkliwiam się nad sobą, nie liżę swoich ran, stwierdzam jedynie, że nic a nic nie mogło mi pomóc. Zmierzałem ku śmierci. Natomiast na pierwszym spotkaniu AA, przekonałem się namacalnie, że mogę się zatrzymać. To była dla mnie jedyna deska ratunku. Alkoholicy maj atak silne pragnienie uniezależnienia się od alkoholu, że czepiają się łapczywie każdej szansy, która jest w zasięgu. Metoda AA jest prosta. Ta metoda nie odwołuje się do rozumu. Ona opiera się na instynkcie samozachowawczym. Do tego stopnia zadziwiające, że kiedy pierwotne pragnienie szczęścia zostaje uśpione, budzi się ono prawie zawsze, gdy widzi się innego chorego, który jest szczęśliwy, staje się to dostępne. Wobec chorego AA nie tracą czasu na udowadnianie teoretycznej możliwości jego wyzdrowienia, oni go zapraszają by się przyjrzał, by dotknął własnymi rękami ich blizn, jeszcze świeżych. Trzeba niekiedy wielu miesięcy, by dopuścić do świadomości słowa: „Jestem bezsilny wobec alkoholu”. Trzeba dużo dobrych postanowień i dużo porażek…

 

 

Pasja ratowania innych

Wracając do końca 1970 r. otwieram notes i znajduję w nim miasta, w których miałem koncerty. Był to okres, w którym podczas koncertów wypowiadałem kilka słów o chorobie alkoholowej. Na nasze spotkania, o których zaczęto mówić w mieście, zlatywali się chorzy szukający rady. Mogliśmy dać im tylko nasze wątłe doświadczenie. Forsy nie mieliśmy, a ci którzy przychodzili w tym celu, nie przychodzili już po raz drugi. Ale odwagi mieliśmy aż nadto. A siła woli, by się wzajemnie ratować, była fantastyczna. Któregoś dnia pewien alkoholik, jeszcze przed poznaniem nas, popełniwszy jakieś drobne wykroczenie, został postawiony przed sądem. Obrońca odwołał się do nas. Jako najbardziej wygadany, zabrałem głos w imieniu moich kolegów. Wysoki Sądzie – powiedziałem – Jacques, którego się dziś osądza, jest chorym alkoholikiem. Tak jak ja (podałem swoje nazwisko). Jeśli uchylicie zawieszenie jego wyroku, jeśli go umieścicie w więzieniu, to nie będzie miał możliwości poprawienia się, może się tylko pogrążyć w swojej chorobie. Jeśli go zostawicie z nami, on znowu stanie się porządnym człowiekiem i pożytecznym obywatelem. Pozwólcie, że przedstawię wam, czym jest choroba alkoholowa…

 

Jacques’a pozostawiono na wolności. Wychodząc z sali, oskarżyciel podszedł do nas i powiedział: Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Gratuluję wam. Dostrzegłem, że był wzruszony, gdy nam ściskał dłoń. Po raz pierwszy widział, jak ktoś rzuca swą reputację na szale sprawiedliwości jedynie po to, aby zachować przy sobie bratnią duszę. On nie wiedział, że ten z mamra był mi koniecznie potrzebny, żebym ja sam mógł dalej żyć. Nie przychodzi się do AA, by pomagać drugim, by sprawić przyjemność żonie, by zachować dzieciom ojca, by zrobić coś miłego Bogu, by ocalić honor Towarzystwa Jezusowego, to wszystko jest niewystarczające. W rzeczywistości człowiek wiąże się z AA w tym celu, by nie umrzeć.

 

Innym razem w Nancy, w początkach mojego trzeźwienia, zaszło coś bardziej dramatycznego. Sto pięćdziesiąt opiekunek społecznych miało dyskutować nad możliwościami, jakimi dysponuje społeczeństwo, by bronić się przed alkoholikami (raz usłyszałem słowo „furiaci”). Wyczułem, że w odniesieniu do tego problemu znajdują się na sali dwa gatunki zdrowych: Ci którzy mówią: pozostaje tylko zamknąć ich, pozostaje tylko nałożyć im kaftan bezpieczeństwa, pozostaje tylko zrobić zastrzyk, pozostaje tylko…Na szczęście drudzy domyślają się, że istota choroby jest bardziej złożona, tak samo domyślają się, że na przykład kaftan bezpieczeństwa nie uzdrowi nikogo, a społeczność i współmałżonkowie też popełniają błędy. Ta grupa na oko była liczniejsza. Byłem pochłonięty pasją przekonywania. My jesteśmy chorzy, chciejcie z łaski swojej to zrozumieć – mówiłem. To wam jak najbardziej odpowiada – wyrzuciła z siebie jakaś zgryźliwa opiekunka społeczna. Nie. Tak samo, jak wy nie lubimy doznawać bólu ani go zadawać. Jedno uprzytomniłem sobie już od pierwszych miesięcy: winy za tę chorobę nie są łatwe do przypisania. Wielu ludzi ma swój udział w odpowiedzialności za to nieszczęście, które stało się zbiorowe: sam chory, który z łatwością poprawia sobie złe samopoczucie, współmałżonek traktujący go źle, matka chorego, która dała mu zbyt mało odwagi, ojciec chorego, który go skierował do nielubianego zawodu, sąsiedzi chorego, jego szef, natrętna reklama alkoholu, bezrobocie wysysające z niego całą radość życia, niesprawiedliwość ustaw, arogancja administracji, żona, która nie pierze jego roboczego ubrania, lekarz, który zbadał jego wątrobę i nic nie powiedział itd.

 

Panowanie nad emocjami

 

Czy dużo osób podlega nawrotom alkholizmu w czasie przynależenia do grupy AA?

 

Pięćdziesiąt procent podlega kilku nawrotom, tak jak ja i kończy z alkoholem całkowicie. Pozostałych dwadzieścia pięć procent nigdy nie wyleczy się całkowicie, ale jeśli wiernie pozostają z nami, poprawiają się we wszystkich dziedzinach i dochodzą w końcu do tego, że czują się szczęśliwi. Tych, którzy nas porzucają, spotykamy niekiedy na ulicy, to ludzie o wyblakłych oczach, strasznie postarzali z przekrwioną twarzą. A gdy któregoś z nich mijam na chodniku, patrzymy na siebie, jego oczy zachodzą łzami i moje też. O niektórych pozostałych dochodzi do mnie wieść w środku zimy, że nie dożywają wiosny: umierająna zapalenie płuc, z niedożywienia czy przez utonięcie. Żona nie przychodzi na ich pogrzeb. Okropne. Ale oni oddają mi w ten sposób ostatnią przysługę: ja nie chcę umrzeć jak oni!

 

Odwaga proszenia o przebaczenie

 

Zabrałem się do ósmego etapu, który wydawał mi się najłatwiejszy: „Sporządziliśmy listę osób, którym wyrządziliśmy krzywdę i postanowiliśmy poprosić je o przebaczenie”. To zwyczajne słowo „przepraszam” było pierwszym ogniwem łańcucha wstydu, który się rozrywał. I cały łańcuch miał upaść u mych stóp. Kiedyś pojechałem odwiedzić właścicielkę kafejki odległej o dwadzieścia kilometrów od Nancy. Proszę o kawą – powiedziałem. Pani widzi, że nie piją już piwa. Od roku. Skończyłem z tym. To nie było łatwe. Teraz jest dużo lepiej. Ale chciałem przeprosić, jeśli w pani lokalu niekiedy za dużo wypiłem. Proszą mi wybaczyć. Nie odpowiedziała nic. Po chwili zaczęła podciągać rękaw i zobaczyłem niebiesko wytatuowane cyfry: Byłam więźniarką obozu koncentracyjnego, jak pan widzi – powiedziała. Ale myślę, że mniej wycierpiałam niż pan, żeby wyjść cało. Przestać pić to naprawdę coś…Byłem szczęśliwy. Ci, których życie doświadczyło, rozumieją dobrze tę chorobę. Alkoholizm uczynił ze mnie istotę ociężałą, smutną i bez światła. Przy proszeniu o przebaczenie światło wewnętrzne pojawiało się na nowo. Prosząc o przebaczenie nie płaszczyłem się. Wyzwoliłem się z lęku przed innymi, z lęku przed wydanym o mnie sądem. Alkohol wprowadził mnie w stan skrajnego załamania, wyczerpania. Proszenie o przebaczenie przywracało mnie do stanu łaski. To jest śmieszne, paradoksalne, dziwaczne, ogólnikowe, nazwijcie to, jak wam się podoba. Ale to jest to, czego doświadczyłem: „Kto się poniża, będzie wywyższony”. Prośba o przebaczenie jest podjęciem inicjatywy, by z kontaktów wykreślić siłę, pychę, upór, nieprzychylność. W celu zastąpienia ich kontaktami opartymi na prawdzie. Jest prawdą, że byłem trudny, gwałtowny. Jest także prawdą, że chciałem dobrze postępować, jest prawdą, że ja nie miałem racji, jest prawdą, że na skutek zbiegu okoliczności komplikowałem sobie i innym życie.

 

Pragnienie, by widzieć jasno

 

Gdy wracam myślą do mojej ukochanej matki, pamiętam, że nauczyła mnie kochać Boga i kochać ludzi, ale nie nauczyła mnie kochać siebie. Dzisiaj wydaje mi się, że te miłości powinny mieć tę samą intensywność: Bóg, ludzie i ja. Kochanie Boga bez kochania ludzi jest bigoterią. Kochanie ludzi bez kochania Boga (jeśli się Go zna) jest nielogiczne. Kochanie siebie bez miłowania innych stwarza świat nie do życia dla najlepszych z ludzkich dzieci, świat, w którym przemoc zadusi tych, którzy przeżyją. Kochanie ludzi bez kochania siebie jest chorobą, która może doprowadzić do alkoholu. Obecnie, gdy jestem już trzeźwy przez czternaście lat wiem, że moje szczęście zależy od równowagi tych trzech miłości. Po kilku latach zastanawiania się, wraz z innymi AA, oczywiście doszedłem do przekonania, że mój zawód nie był powodem powstania choroby. Ani zmęczenie podróżami, ani napięcie nerwowe związane z koncertami. Chory, który nie osiągnął równowagi ducha, stara się często rozumowo scharakteryzować swą chorobę: To ja jestem przyczyną… Nie umiem się bronić. Brak mi odwagi… Nie znam swoich praw… Nie umiem dać trafnej riposty… I to samooskarżenie może doprowadzić do samobójstwa. Albo do oskarżania innych: To mój szef… To moja żona… Mój lekarz… Ciężkie czasy itp. I to zrzucanie winy na innych może doprowadzić do zbrodni. To zdarza się codziennie. W rzeczywistości nie ma winnego w tej chorobie.

 

Tajemnicza siła grupy

 

Otóż tu dochodzę do sedna sprawy: to, czego ja nie mogłem zrobić, czego nikt nie mógł zrobić, zrobiła grupa AA. Bez jakiegokolwiek nacisku. Chcąc określić jednym słowem, w jaki sposób grupa osiągnęła rzecz niemożliwą, powiem: przyjaźnią. Przyjaźnią o specjalnej właściwości, której nigdzie indziej nie spotkałem. Przyjaźń ta jest: Godna pokochania. Alkoholik jest ujęty niezrozumiałym pięknem. Ta przyjaźń sięga poza oddalenia i poza grób. Jest pełna szacunku. Miałam tak bardzo dość dostawania po nosie, szeptów przyjaciół, ironicznych i pogardliwych uśmiechów w bufecie w bistrach, ciężkich rąk na naszych współwinnych ramionach, oddechów skażonych głupim politykarstwem. Jest wyrozumiała. Zanim ktoś przestanie mówić, grupa wie, jak ta historia się skończy. Gdy ktoś jest podnieconym, spokój grupy rozbija naszą żądzę zemsty. Jeśli ktoś poszedł do mamra, grupa nie robi zdegustowanej miny. Jeśli mamy nawroty choroby, przyjaźń to rozumie bez przybierania min pocieszycieli, połowa przez to przeszła. Jeśli się modlimy, grupa to rozumie. Jest wierna. Jeśli mamy nawroty choroby, raz, sto razy, grupa jest zawsze na swoim miejscu. Jeśli ją porzucamy tymczasowo, by działać o własnych siłach, grupa nic nie mówi. Jeśli wracamy po nieudanej próbie, grupa zabija tłustego wołu i w ogóle nie słucha tłumaczeń (zna je). Przyjaźń pozostaje złączona na wieki z tymi, którzy odeszli. Jest czynna. Ta przyjaźń taka jest. I to jest dziwne. Nie znam ani jednego przypadku, by chory, który uparcie przychodził, nie skończył z alkoholizmem pewnego dnia.

 

Oddziaływanie grupy jest wyzwaniem rzuconym logice. Słyszy się niekiedy od zwyczajnych osób: to zwyczajna rzecz, AA opierają się na instynkcie stadnym. Tak, na sile grupy. To znaczy, że jest więcej siły w stu osobach niż w jednej. To jest słuszne, ale jest także sto razy więcej choroby, strachu, rozczarowania, słabości, kłopotu itp. Jest uniwersalna. Jestem bratem alkoholików, alkoholiczek, młodych, starych, biednych, bogatych, Niemców, Polaków, Amerykanów, spokojnych starców, przedwcześnie zwiotczałych młodych, bigotów, ateistów, uczonych, umysłowo niedorozwiniętych, sióstr zakonnych, lekarzy alkoholików (też oczywiście…), socjalistów, komunistów, ekologów…

 

To, co nas łączy – alkohol i pasja, by się od niego uwolnić – jest o wiele silniejsze od tego, co nas dzieli. Jest wesoła i tryskająca humorem. Ta przyjaźń nie zapomina o uśmiechu, który sprawia, że zawstydzenie jest do zniesienia. Chcąc streścić tę przyjaźń, jest nazywana przez nas Siłą Wyższą, Siłą przeżytą doświadczalnie, a nie wyprowadzoną z jakiegoś abstrakcyjnego pomysłu. Tę Siłę godną kochania, pełną szacunku, dyskretną, wierną, cierpliwą, czynną oraz tajemniczą i chciałbym dodać niezależną od kogokolwiek z chorych, nazywamy Bogiem. Słowo Bóg może ranić alkoholika, który do nas przybywa, ponieważ nie doznał przyjaźni. To słowo może ranić, ponieważ zostało obciążone w ciągu wieków niezrozumieniem, stronniczością, nienawiścią, krwią, wojnami, zemstami. Ale gdy przychodzi trzeźwość, gdy pokój wewnętrzny nastaje, gdy umiłowanie wolności się pojawia, trzeźwy alkoholik nie ma już kłopotów, nazywając tę niepospolitą przyjaźń po imieniu. AA, podobnie jak Tomasz, wierzymy tylko w to, czego dotkniemy. Dotknęliśmy palcem rozpaczy. Siły, która nas z niej wydobyła, także dotknęliśmy.

 

Na końcu wolność

 

Drogę od świadomości do wolności duchowej każdy sam musi przecierać, ona jest z natury osobista. Najgorsza rzecz, jaka mogłaby mi się przydarzyć przy wychodzeniu z alkoholizmu, byłoby wejście do szeregu i niewychylanie się z niego. Wejście w „gromadne życie”, jak mawiano w moim pobożnym dzieciństwie. Całe moje życie się zmieniło. Cieszę się z tego, że jestem trzeźwy. Gdy piłem, strach przed śmiercią odbierał mi ochotę do życia. Wstrzemięźliwość przywraca mi jego smak i nie napawa mnie lękiem przed śmiercią. A wszystko to wynikało z jednego małego aktu pokory:

 

Nazywam się Lucien i jestem alkoholikiem.

 

Wbrew pozorom alkoholik jest istotą głęboko moralną. Jeżeli staje się szkodliwy dla siebie i innych, to przez rozdrażnienie. Jeśli staje się ponury, to przez przygnębienie. Rozdrażnienie i przygnębienie z powodu niemożności zharmonizowania swego marzenia z tym, co robi. I z tym, co widzi. Natura choroby jest właściwie duchowa. Teraz już to wiem.

 

Artykuł pochodzi z portalu www.adonai.pl .