Jednak wyszedłem z bagna i jestem na właściwej drodze!…Dziękuję, bardzo Wam dziękuję! — Karol

Czytelnia

Kati i list do niej

Nie każcie mi się zmieniać!

     Piszę do Was, bo coś mnie do tego zmusza. Chciałbym jednak, abyście to przeczytali. Ten list będzie się składać z dwóch części. Pierwsza część to mój pierwszy list, który miałam do Was wysłać, ale tego nie zrobiłam. Opisuję tam moje życie i pojednanie z Bogiem. Druga część to… Zresztą sami przeczytajcie.

Kochana Redakcjo! Pozdrawiam Was i gorąco całuję.

Jestem dowodem, świadectwem na to, co czyni z człowieka pornografia i wszelkie inne zło. Posłuchajcie… Moi rodzice, cóż, uważają się za katolików, ale nie chodzą do kościoła. Odkąd pamiętam mój ojciec nadużywał alkoholu. Z biegiem lat było coraz gorzej. Bardzo ciężko jest mu przyznać się do choroby, chyba że jest pijany. Trzeźwy nigdy nie powiedział: „Jestem alkoholikiem”, za to mówił „Zawsze mogę przestać pić”. Tylko że efektów tych deklaracji nie widać do dnia dzisiejszego. Modlę się za ojca wraz z siostrą, aby wreszcie się opamiętał i spostrzegł, jak bardzo krzywdzi zarówno siebie jak i nas. Teraz, kiedy piszę do Was ten list, ojciec nie pije od kilku dni. Boże, daj mu siłę, aby potrafił na zawsze przezwyciężyć nałóg. Lecz nie o moim ojcu chciałam pisać, tylko o sobie. To jest dużo trudniejsze…

A zatem pochodzę z rodziny patologicznej. Ojciec często wzniecał awantury, bił – nierzadko bez żadnej przyczyny – mnie, siostry i naszą mamę. Moje dzieciństwo było niczym koszmar, ale miało też i swoje blaski. Czuję, że ojciec zawsze nas kochał, ale nie potrafił tego wyrazić. Przypominam sobie, że niekiedy trzeźwy przytulał mnie, ale też nigdy wtedy nie powiedział „kocham cię”.

Mój ojciec nie szanuje swoich rodziców. Od kiedy pamiętam, wyzywa ich od najgorszych. Bywało, że przemawiał do nich siłą. W furii rzucał, czym się dało, w zamknięte drzwi domu dziadków. Żyliśmy więc w ciągłym strachu przed ojcem. Pomimo to byłam optymistycznie do życia nastawioną dziewczynką, bardzo dobrze się uczyłam. Moim celem było wykształcenie, zdobycie dobrej pracy, kupno mieszkania oraz pogodne życie. Nie chciałam aby moje dzieci miały taki dom jak ja, pełen kłótni spowodowanych nadużywaniem alkoholu. Nawet sam ojciec mówił, abym nigdy go nie naśladowała, gdyż stoczę się na dno, jak on. Szkoda tylko, że mówił to mój ciągle pijany ojciec… Próbowałam znaleźć jakiś lek na moje lęki, które co i raz dawały o sobie znać. Uciekłam w świat seksu… Muszę zacząć od tego, że przez wiele lat patrzyłam, a raczej słuchałam, jak ludzie ze sobą współżyją. Sypialnia rodziców i mój pokój to jakby jedno pomieszczenie, z cienką ścianką pośrodku i otworem na przejście, ale bez drzwi, więc trudno mi było nie słyszeć tego, co rodzice robili w nocy. Na dodatek naprzeciwko mnie znajdował się telewizor, a ojciec często oglądał filmy pornograficzne. Później rozkazywał mamie, aby robiła to, co wcześniej oglądane bohaterki filmów.

Gdy pierwszy raz oglądałam film pornograficzny, czułam wielką odrazę i obrzydzenie. Kolejne filmy już mnie zaciekawiły. Wtedy zaczęłam się onanizować, a miałam wtedy 7 lat! Od tej pory czułam wielką potrzebę seksu. Zaczęłam przeglądać pisma pornograficzne mojego ojca. Wiedziałam, gdzie są, choć próbował je ukrywać przed nami. Onanizowałam się, kiedy było mi smutno i czułam się odrzucona przez ojca. Onanizm był moim lekarstwem, ale z krótkim czasem działania. Później wstydziłam się tego, ale zagłuszałam wyrzuty sumienia głupimi wymówkami. Po jakimś czasie oglądanie filmów porno zaczęło być dla mnie słabym impulsem do podniecenia. I wtedy nadszedł czas na „praktyki”, które całkowicie zniszczyły moją duszę, psychikę i ciało. Spotykałam się z chłopcami, moimi rówieśnikami. Pozwalałam im na wiele rzeczy – oprócz jednej pozbawienia mnie „godności” – cnoty. Przez parę lat udało mi się tego uniknąć, ale do czasu… Zakochałam się w pewnym chłopcu, byłam gotowa zrobić dla niego wszystko. Myślałam, że jeśli dam mu to, co dla mnie najcenniejsze – dziewictwo, to on zostanie przy mnie, będzie mnie kochał. Tak też zrobiłam. Po tym współżyciu czułam się bardzo źle psychicznie. Zrozumiałam, jak ciężki grzech popełniłam, czułam się taka brudna i zużyta. Uklękłam przed obrazem Matki Bożej i płakałam, tak gorzko płakałam… Chciałam się wyspowiadać, ale bałam się. Wtedy po raz pierwszy popełniłam świętokradztwo. Tak trudno mi było powiedzieć: „straciłam dziewictwo”. Przez trzy lata spowiadałam się, pomijając problem współżycia i onanizowania się.

Teraz mam 17 lat. Do tej pory onanizowałam się i spotykałam się z chłopakami w celu seksualnego „rozładowania”. Nie współżyłam z nimi, ale i tak robiłam okropne rzeczy, że same myśli o nich wywołują wstręt. Po każdej „takiej” czynności czułam się okropnie wykorzystana i brudna. Próbowałam sobie wmówić, że seks to nie grzech, to tylko zabawa. Przecież Bóg stworzył nas po to, abyśmy się „kochali”. Czy ja robię komuś krzywdę? A tak naprawdę ukrywałam gorzką prawdę, że poddając się zwierzęcym wręcz instynktom, zubażam nie tylko siebie, ale i innych, choć mogą oni sobie z tego nie zdawać sprawy. Stoczyłam się na samo moralne i duchowe dno. Nie było dla mnie Boga, wydawało mi się, że On nie istnieje, a moje życie jest nic nie warte, ciężkie, nie do „strawienia”. W niczym nie widziałam sensu, przestałam się uczyć. Świat był dla mnie ohydny, coraz częściej myślałam o skończeniu ze sobą. Wmawiałam sobie, że jestem nikim, niepotrzebnym śmieciem, karykaturą, pomyłką Stwórcy. Te złe myśli tłumiłam głośną muzyką (wtedy było to techno), ona stała się dla mnie ukojeniem.

Szybko przekonałam się, że tak myśląc jeszcze bardziej staczam się na dno. Ja już nie znałam wstydu cielesnego. Mogłam się rozebrać przed chłopakiem bez żadnych zahamowań. Oto jaki wpływ na człowieka ma pornografia. Narastające problemy w szkole, atmosfera w domu (ojciec dosięgnął szczytu nałogu), niechęć do samej siebie spowodowały, że nie byłam już w stanie unieść ciężaru grzechu i wewnętrznego załamania. Moja dusza umarła, a wraz z nią psychika i ciało. „Dla mnie nie ma już nadziei, ja zasługuję tylko na piekło” – mówiłam do siebie, a tym samym czynienie zła zaczęło mi sprawiać wielką przyjemność. „Co mi Bóg, co mi szatan, ja jestem władczynią siebie i nikt nie może w to ingerować. Jestem wolna, prawdziwie wolna” – myślałam. Ale wtedy cicho, jakby nieśmiało odzywało się moje sumienie. Pewnego dnia coś we mnie pękło – mój cały ból, moja rozpacz. Rozpłakałam się klęcząc na kolanach… Po tak długim czasie zrozumiałam, że to jedynie Bóg pragnie mojego szczęścia. Po to właśnie pozostawił nam Dekalog i Przykazanie Miłości, abyśmy podążając Jego drogą odnaleźli szczęście. Ta wasza gazeta (trafiła do mnie przypadkowo) otworzyła mi serce na Boga.

Przez długi czas oddawałam szatanowi pokłony, trwając w złych uczynkach. Gra władcy piekieł doprowadziła do mnie do kontaktów kazirodczych. Bałam się nawet, że jestem w ciąży. Gdybym wtedy rzeczywiście była, bez skrupułów pozbyłabym się dziecka. To przerażające, byłam gotowa zabić człowieka. Ten list jest moją szczerą spowiedzią z całego życia. Boże, daj mi siłę, odwagę, abym mogła dokładnie opowiedzieć to spowiednikowi. Odegnaj moje lęki, mój strach i pomóż mi Tobie zaufać.

Powoli wraca mi radość życia, bo znalazłam jego sens – Boga. Tylko dzięki Niemu odnajdziemy prawdziwą Miłość. Zawsze myślałam, że Bóg to Wielki Władca, który wyłącznie zakazuje i nakazuje, odbierając nam wolność. Teraz rozumiem, jak bardzo się myliłam. Tylko trwając w Chrystusie, możemy poczuć się naprawdę wolni, nie pętają nas wówczas więzy grzechów. Modlę się codziennie. Wczoraj nawet rozpłakałam się odmawiając różaniec. Czułam tak ogromną bliskość Jezusa, że ze wzruszenia nie mogłam powstrzymać łez. Moje kamienne serce skruszało wobec Miłosierdzia Pana. O Panie, jak mam Ci dziękować za ten dar łaski. Dopiero dwa tygodnie temu wkroczyłam na dobrą drogę – zaczęłam od modlitwy. Ostrzegam wszystkich młodych ludzi, aby nie podążali, jak ja dotąd, drogą rozwiązłości. Idźcie tą drogą, którą wskaże Wam Jezus. Zaufajcie Mu, a będziecie szczęśliwi. Czuję w sobie ogromną siłę nawrócenia i chcę ją za wszelką cenę zatrzymać. Panie, pokazałeś mi, czym jest Miłość i Prawda. Niech odtąd tylko to czynię, w czym Ty masz upodobanie. Pełna skruchy czytelniczka

Uf! Wreszcie skończyłam to przepisywać. To była pierwsza część mojego listu, a teraz druga, czyli mój obecny stan…

Owszem, wyspowiadałam się w tamtym jasnym okresie mojego życia ze wszystkiego. Trafiłam na dobrego spowiednika. Poczułam się wolna jak ptak i taka czysta. Ale moja „świętość” trwała zaledwie 2 tygodnie (codzienny różaniec, dwa razy dziennie modlitwa, czytanie Biblii, dobre uczynki itd.). Żenada i jeszcze raz żenada. Nie powiem, czułam Boga we mnie przez cały ten czas. Byłam szczęśliwa, ale… się skończyło. Ja już tak mam w zwyczaju, zawalam wszystko, co dobre. Nie wiem, może miłość Boga była dla mnie zbyt ciężka do udźwignięcia. Nie potrafiłam odwzajemnić uczucia. Wcześniej nikt mnie tego nie nauczył. Czy to moja wina, że ojciec nigdy mnie nie przytulił, nie mówił mi, że mnie kocha, za to często wyzywał mnie od dziwek. Dlaczego musiałam urodzić się w takim bagnie, poznawać świat w rodzinie patologicznej? Czy przez grzech pierworodny? Po co mnie stworzył Bóg, żeby było więcej ofiar dla piekła? Bez sensu to wszystko, takie niesprawiedliwe…

Nie każcie mi się zmieniać, bo tego nie uczynię. Wiecie dlaczego? Ja kocham to zło, które jest we mnie. Odeszłam od Boga, to nie znaczy, że należę do szatana. Ja nie należę do nikogo. Wiem, czeka mnie piekło, ale to nie moje pragnienie, tylko konsekwencja wyboru życia. Ave!

Kati

Kati, nie zniechęcaj się

     List od Kati bardzo mnie zszokował i wzruszył.

Droga Kati! Myśl o Tobie nie daje mi spokoju. Uznałam więc, że nasz Zbawiciel, Jezus Chrystus, chce, abym do Ciebie napisała. Można powiedzieć, że jestem Twoją starszą siostrą (u Boga wszyscy jesteśmy rodziną). Mam 27 lat, męża, czteroletniego synka. Tak jak Ty, przez wiele lat żyłam bez Boga, w grzechu. Zła na naszego Stwórcę, pełna pretensji, że mój ukochany tata jest alkoholikiem, że rodzice się rozwiedli, ojczym mnie poniża, nie szanuje, że nikt na tym świecie nie przytula mnie, nie mówi „kocham cię”. Zamiast tego domowe awantury, strach, odrzucenie, samotność, poczucie winy. Po każdej kolejnej kłótni mama mówiła, że to znowu przeze mnie. Pewnego dnia powiedziała, że na miłość muszę sobie zasłużyć. Na pytanie: dlaczego, usłyszałam, że po prostu taka już jestem. Lekarstwem na to, dokąd sięgam pamięcią, było onanizowanie się.

Samotna i spragniona miłości, w wieku osiemnastu lat zaczęłam współżyć z moim chłopakiem. Na szczęście chłopak ten został po paru latach moim mężem, ale mogło to się skończyć zupełnie inaczej. Jednak seks przedmałżeński zostawił w nas zranienia, które długo będą się goiły. W szkole średniej nadużywałam alkoholu, cudem nie poszłam w ślady mojego taty. Przeklinałam, o Bogu pamiętałam tylko po to, by zgłaszać pretensje. Największym grzechem było jednak zwrócenie się do szatana z prośbą, abym za cenę mojej duszy podobała się chłopcom. Co ciekawe, szybko o tym zapomniałam.

Gdy wyszłam za mąż, a po dwóch latach urodziłam Adasia, wydawało mi się, że mam wszystko, o czym marzyłam. Zamiast szczęścia czułam jednak narastające poczucie bezsensu i smutku, czego zwieńczeniem były lęki, głęboka depresja i w końcu myśli samobójcze, Nie wiedziałam, nie rozumiałam, co się ze mną dzieje. Oto dokąd zaprowadził mnie grzech. Dopiero przygnieciona ciężką chorobą zaczęłam się modlić. I to był punkt zwrotny w moim życiu. Bóg obdarzył mnie łaską nawrócenia i pomógł mi ją przyjąć. Znalazłam sens życia – Boga. Z Nim wszystko ma sens! Nie jest łatwo iść za naszym Zbawicielem, ale tylko On może dać nam pokój serca, szczęście, i nauczyć prawdziwie kochać. Boże, dziękuję Ci za Twoją Miłość! Pragnę być narzędziem w Twoich rękach! Pragnę wypełniać Twoją wolę! Tyle o mnie.

Kochana Kati! Nie poddawaj się tak łatwo. To, że upadłaś, nie znaczy, że przegrałaś. Przegrywamy wówczas, gdy się poddajemy. Przecież każdy upada, bo jesteśmy tylko ludźmi. Nawet święci popełniali grzechy, a Ty chciałabyś po dwóch tygodniach od nawrócenia być lepsza niż oni. Na wszystko potrzeba czasu, dużo czasu. Nie dwa tygodnie, nie dwa lata, ale dwadzieścia lat. W tym czasie nieraz upadniesz, ale ważne jest żebyś znowu wstała! Nawet Bóg potrzebuje czasu, daj Mu go. Nie zniechęcaj się. Bóg kocha Ciebie tak bardzo, że oddał za Ciebie życie. Bardzo cierpiał! I to nie raz. Nasz Zbawiciel cierpi i dziś, jest ofiarowywany Bogu Ojcu w czasie każdej Mszy Świętej. I to wszystko dla Ciebie – jednej, jedynej w swoim rodzaju, niepowtarzalnej, nie podobnej do nikogo innego – Kati.

Nasz Ojciec kochał Ciebie zanim stworzył niebo i ziemię taką miłością, której, żyjąc tu na ziemi, nie zdołamy pojąć.

Nie byłabyś człowiekiem, gdybyś nie popełniała błędów, nie upadała. Nie kochaj tego, ale i nie myśl, że Ty jedyna „zawalasz wszystko, co dobre”.

Piszesz też, że nie potrafiłaś odwzajemnić uczucia Boga. Nieprawda. Nie będziesz czuła bez przerwy bliskości Boga, a serce Twoje nie będzie wciąż przepełnione uczuciem miłości do Niego. Jezus mówi nam, że miłość, to nie uczucie, a czyn. Kochać Boga – nie znaczy czuć miłość i radość. Ja często czuję oschłość, czasem nawet zniechęcenie. To znaczy, że pomimo iż miłości nie czuję, modlę się i pragnę wypełniać Bożą wolę – jest ona dla mnie najważniejsza. Droga siostro w Panu! Nie zrzucaj z siebie odpowiedzialności za to, kim jesteś i jak postępujesz, na rodziców, na nieszczęśliwe dzieciństwo, brak miłości. To dziecinne. Pomyśl, czym zawinili ci, którzy urodzili się chromi, chorzy i są porzucani przez swoich rodziców? A czym ci, którzy w czasie wojny zginęli w obozach koncentracyjnych? A czym zawinili ci, którzy stracili życie w zamachu terrorystycznym jaki miał miejsce w Stanach Zjednoczonych we wrześniu tego roku? Podobnych pytań można zadać bardzo dużo. Odpowiedź na nie wszystkie brzmi: niczym. Takie jest życie. Gdyby do nieba szli tylko ci, którzy życie mieli usłane różami, niebo byłoby puste. Zresztą ci, którzy mieli lub mają takie życie, nie mają łatwiej. Do nieba wchodzi się przez krzyż. Cierpienie może pomóc nam rozwijać się, uwrażliwiać, otwierać nasze serca na Boga i na ludzi. Cierpienie może oczyszczać naszą duszę. Musimy tylko powiedzieć Bogu: tak.

W swoim liście piszesz także, że kochasz zło. To nie ty je kochasz, a ten, który w Tobie mieszka. Piszesz, że nie należysz do szatana – czyniąc zło, do niego właśnie należysz, jesteś pod jego wpływem. Bóg mówi nam: „nie cudzołóż, nie onanizuj się, miej czyste ciało i duszę”. Szatan mówi: „cudzołóż, onanizuj się, zniewalaj się seksem”.

Kogo słuchasz? Nie ma miejsca pośrodku. Zrozum: albo jesteś z Bogiem, albo z diabłem.

Kati! Jeszcze jedno. Pewnie będziesz kiedyś mamą. Czy chcesz, żeby Twoje dzieci były szczęśliwe? Oczywiście, że chcesz. Pomyśl tylko, jaką chciałabyś mieć mamę, jakiego tatę? Ty i ja wiemy jakich: kochających Boga, siebie nawzajem i Ciebie. Szanujących się, dobrych, cierpliwych, mądrych, czułych. Twoje dzieci też takich będą chciały. Więc zacznij od dziś przemieniać się, by móc kiedyś być dobrą mamą i znaleźć męża, który będzie dobrym tatusiem (ci chłopcy, z którymi się spotykasz, nie są dobrymi kandydatami). To jest możliwe, ale tylko z Bogiem.

Życzę Ci wiary, męstwa i wytrwałości na drodze do świętości. Będę się za Ciebie

Kasia