Przystępując do pomocy2002 w moich najśmielszych marzeniach nie spodziewałem się tego wszystkiego dobrego, co tam otrzymałem. — Jan

Czytelnia

Marek

Byłem erotomanem

     Byłem onanistą – nałogowcem, erotomanem zapamiętałym w jak najostrzejszych formach perwersji. I Pan pomógł mi się od tego uwolnić.

Pierwszy film pornograficzny obejrzałem w wieku około 12 lat (nie pamiętam już dokładnie), wtedy zacząłem coraz częściej uprawiać masturbację. Wiedziałem, że to coś złego. Pamiętam, że w modlitwie obiecywałem Panu, że „więcej nie będę”. Ale stopniowo coraz bardziej odchodziłem od Boga. Trafiały do moich rąk czasopisma i książki wulgaryzujące ludzką seksualność czy dowodzące niedorzeczności nauki Kościoła i religijności w ogóle. Stawałem się wojującym ateistą i człowiekiem, dla którego przestawały istnieć jakiekolwiek reguły w zakresie płciowości. Samogwałt uprawiałem w miarę możliwości codziennie, a nawet kilka razy na dzień. Własną pomysłowość wykorzystywałem do dostarczania sobie jak najsilniejszych wrażeń. To, co widziałem na filmach i zdjęciach, o czym czytałem, było dla mnie wzorcem i źródłem podniety.

Do swoich praktyk starałem się namówić młodszego od siebie o cztery lata kuzyna (aż strach pomyśleć – ja miałem wtedy 12-13 lat).

Kiedy przygotowywałem się do przyjęcia sakramentu bierzmowania (w siódmej klasie), nie powiedziałem na spowiedzi ani słowa o tych wszystkich nieszczęściach. Następna spowiedź była dopiero po czterech latach.

Całe szczęście, że moja nieśmiałość ograniczała dostępność do kaset, ale pozostawały jeszcze „erotyki” w telewizji kablowej i czasopisma, które zacząłem kupować sam w pierwszej klasie liceum (czułem się już taki „dorosły”). Wydałem na nie mnóstwo pieniędzy. Były wśród nich także magazyny „gey’owskie”. „Bravo”, to przy tym wszystkim „kaszka z mleczkiem”, ale i ono pojawiło się gdzieś w szóstej klasie.

W swoim rozbestwieniu sięgnąłem dna tak bardzo, jak tylko było to w mojej sytuacji możliwe. Seks z wszystkimi dewiacjami, wydawał mi się czymś normalnym. Jednocześnie stawałem się człowiekiem skrytym, nieufnym, samotnym, cynicznym, opanowanym przez nihilizm i egoizm, mającym coraz mniejsze poczucie własnej wartości i nie szanującym innych.

W szkole podstawowej, a potem w liceum uczęszczałem na religię, ale interesowałem się tymi zagadnieniami tylko dlatego, aby znać dobrze wroga, utwierdzać się we własnych przekonaniach i mieć tematy do żartów. Z czasem jednak zacząłem się zastanawiać i zaglądać do dobrych religijnych książek (i do tej Najlepszej – Pisma św.).

I zacząłem się modlić – modlitwa stała się jakby naturalną reakcją na przyjęcie prawdy o tym, że Bóg istnieje, bo i w pewnym momencie stało się to dla mnie oczywiste. Zaczął mnie pociągać ideał życia monastycznego – poszukiwanie Boga w ciszy i na pustyni własnego serca. Ale moje serce pełne było jadu, potęga nałogu była ogromna, mózg zapakowany okropnościami, które chciały zawładnąć świadomością, często za moim przyzwoleniem. Zaczął się mój powrót do Kościoła. Na pierwszych dwóch spowiedziach zataiłem fakt, że oddaję się takim praktykom i wracam do nich. W końcu wyznałem, potem upadałem jeszcze kilka razy „na własne życzenie” – to był prawdziwy samogwałt.

Łaska Boża daje nową perspektywę dla ludzkiego życia, ale nie czyni człowieka automatycznym wykonawcą Bożych przykazań. Boże Miłosierdzie jest większe od ludzkiej głupoty. Ja robiłem rzeczy okropne: masturbacja nawet kilka razy dziennie, podczas oglądania filmów i zdjęć, bo chciałem, żeby wyglądało „jak na filmie”, posuwałem się do maltretowania własnego ciała. Fakt, że mam za sobą dwa prawie roczne okresy całkowitej wstrzemięźliwości, to prawdziwy dar Boga. Co by ze mną było teraz, gdybym się nie nawrócił? – skończyłbym jako kolekcjoner najbardziej perwersyjnej pornografii albo męska prostytutka, która zrobi wszystko, nawet przed kamerą.

Ale wszystkie te przejścia z dzieciństwa i wczesnej młodości pozostawiły po sobie niezatarty ślad, a także przyczyniły się do mojej nadpobudliwości nerwowej i seksualnej, co bywa często utrapieniem.

Modlitwa w moim nowym życiu to sprawa bardzo ważna. „Ojciec wasz wie, czego potrzebujecie, zanim Go o to prosicie”. Kiedy się więc modlimy, w istocie otwieramy nasze serca przed Tobą, wyznając Ci nasze niedole, a także miłosierdzie, które nam okazujesz, a czynimy to, abyś nas – skoro zacząłeś wyzwalać – już do końca wyzwolił; byśmy przestali być nieszczęśliwi w sobie samych i stali się szczęśliwi w Tobie”

To jedno długie zdanie z „Wyznań” św. Augustyna jest bardzo bliskie mojemu myśleniu o modlitwie i jest wzorcem, do którego moja modlitwa powinna dążyć. To zadziwiające, że powstało ono ok. 397 roku, a jest tak ważne dla chrześcijanina katolika (ciągle niegodnego, by nosić to zaszczytne miano) żyjącego 1600 lat po jego napisaniu. Polubiłem modlitwę psalmami, bardzo bliska jest mi także Koronka do Miłosierdzia Bożego. Dzięki modlitwie zanoszonej do Boga, który jest nieogarniony, ja – mały i grzeszny człowiek – mogę ogarnąć cały wszechświat i powierzyć Bożej Miłości dzięki narodzeniu, życiu, śmierci i zmartwychwstaniu naszego Pana Jezusa, który jest Chrystusem. Niech Jego Ofiara przyniesie na cały świat pokój i zbawienie, a Ciało i Krew niech nas strzeże na życie wieczne. Amen. „Będę Cię chwalił, Panie, mój Boże, z całego serca mojego, i na wieki będę sławił Twe imię, bo wielkie było dla mnie Two-je miłosierdzie i życie moje wyrwałeś z głębin Szeolu” (Ps 86, 12).

Marek