W moim sercu znów zagościła nadzieja, radość, pokój? Tego nie da się opisać ? dziękuję wam za to. — Jan

Czytelnia

Alan Medinger ” Kiedy ochrona samego siebie staje się więzieniem”

Alan Medinger

 

Kiedy ochrona samego siebie staje się więzieniem

 

 

Szukanie środków służących chronieniu siebie jest właściwe wszystkim ludziom, kiedy jednak stoję się to sposobem na życie, zaczyna być więzieniem uniemożliwiającym nam nawiązywanie zdrowych relacji z innymi ludźmi i właściwe poddanie się Bogu. Musimy zidentyfikować destrukcyjne wzorce ochrony samego siebie występujące w naszym życiu i pozostawić je Panu.

      Artykuł ten pochodzi z biuletynu „Regeneration News” z grudnia 1995 r i został

opublikowany za zgodą Autora.

 

 

Ona doprowadziła cię do tego miejsca i nie pozwala ci iść dalej! ?Ona” to ochrona samego siebie – instynkt dany nam od Boga, aby chronić życie i zdrowie, ale, podobnie jak w przypadku wszystkich innych Bożych darów – zdarza nam się korzystać z niego w niewłaściwy sposób. Niemal każda nasza teoria dotycząca rozwoju homoseksualizmu prowadzi nas do jakiejś bolesnej sytuacji, z której on wyrasta: wydumane lub rzeczywiste odrzucenie, wykorzystywanie seksualne, poniżanie naszej męskości lub kobiecości, zranienia doznane od tych, którzy mieli nas chronić, wykorzystywanie przez tych, którzy mieli troszczyć się o nas. Niektóre dzieci nie wzrastały w takich warunkach, ci z nas, którzy wykształciliby w sobie homoseksualne pragnienia, nie zrobili tego. Mała dziewczynka złożyła uroczyste przyrzeczenie następującej treści: ?Żaden mężczyzna już nigdy się do mnie nie zbliży”. Mały chłopiec postanowił: ?Nigdy więcej nie narażę się na odrzucenie (albo ośmieszenie) przez mężczyznę”. Dziecko tak naprawdę podejmuje decyzję, aby nigdy więcej nie doznać zranienia, a wraz z tą decyzją traci zdolność do autentycznej miłości do drugiego człowieka.

Ustanowiliśmy pewne zabezpieczenia, które okazały się skuteczne, jednak rezygnując całkowicie z pewnej bezbronności, zablokowaliśmy swoją zdolność do zaspokojenia pewnych bardzo podstawowych ludzkich potrzeb, które nigdy nas nie opuszczą. Tak naprawdę, z tego względu, że te potrzeby – miłości, akceptacji, afirmacji, troski, poczucia wartości – były tak podstawowe, urosły do monstrualnych rozmiarów. Każdy jednak sposób ich zaspokojenia oznaczał konieczność zaakceptowania pewnego ryzyka wystawienia się na cios, a to było nie do przyjęcia. Przyszedł okres dojrzewania i potrzeby te przełożyły się na sferę seksualną lub uczuciową. Próbowaliśmy zaspokoić potrzebę poprzez seks lub nierzeczywiste i niezdrowe, intensywnie przeżywane związki. Potrzeby zostały niezaspokojone i jeszcze bardziej się wzmogły. W przypadku dziecka wydaje się, że taka reakcja na odrzucenie czy wykorzystywanie jest naturalna. Nie mogę powiedzieć, czy taka reakcja w każdej sytuacji jest grzechem. (Nie mam wątpliwości co do tego, że Bóg wezwał mnie do okazania żalu za to, że wyłączyłem swoich rodziców z mojego życia emocjonalnego.) Niezależnie od tego, czy uznamy je za grzeszne czy nie, takie reakcje w przypadku dzieci są zrozumiałe. Nadchodzi jednak czas, kiedy trzeba odrzucić rozumowanie właściwe dziecku. Większość osób, które zgłosiły się do naszego stowarzyszenia, to dorośli chrześcijanie, lecz nadal w jakimś stopniu chronią się przed zranieniami za pomocą zabezpieczeń zapamiętanych w dzieciństwie. Ich mury obronne stały się murami więzienia zamykającego ich w homoseksualizmie. To, że stali się chrześcijanami, wprowadza nowy, bardzo poważny element do tej postawy obronnej. Teraz pojawia się Ktoś inny, kto chce być ich obrońcą, a oni nie chcą Mu na to pozwolić. Jezus pragnie, abyśmy Mu ufali. Podejrzewam, że w sercu Pana nie ma większej radości nad tę, która rodzi się poprzez ufność, jaką Mu okazujemy. Przez to pokazujemy, że naprawdę w Niego wierzymy i znamy Go. Dopóki nie zaczniemy ufać Jezusowi, nie możemy naprawdę Go poznać. Przez wiele lat dawałem mojej żonie zdecydowane powody, aby mi nie ufała. Kiedy przeszło 20 lat temu spotkałem Chrystusa i wyszedłem z homoseksualizmu, patrząc po ludzku, nie było takiej możliwości, aby mogła mi zaufać. Lecz gdyby tego nie uczyniła, nigdy nie poznałaby człowieka, jakim się stałem i jakim się stawałem. Nigdy nie dowiedziałaby się, czy jestem mężczyzną, który będzie ją chronił czy ją porzuci, czy dochowa wierności danemu słowu, czy znowu ją rozczaruje, czy odpowie na jej miłość, czy wykorzysta ją i zdradzi. Raczej nie chciała znowu mi zaufać, ale dzięki Bożej łasce, z czasem, zaczęła podejmować ryzyko sprawdzenia mnie, aby się dowiedzieć, jaki jest ten nowy mężczyzna. Dzięki działaniu Bożej łaski najczęściej nie była rozczarowana. Bóg naprawdę uczynił mnie nowym stworzeniem. Tak samo jest z naszą relacją z Jezusem. Jeśli chcemy sami zapewnić sobie ochronę, nigdy nie poznamy prawdziwie Jego ani Jego charakteru. Uważam, że w takim rozumieniu ochronę samego siebie można traktować w kategoriach grzechu. To samo dotyczy innych ludzi. Jeśli nigdy się nie odsłonimy, nigdy nie zaznamy uczciwych, życiodajnych i uzdrawiających relacji. Zarówno w naszych relacjach z Jezusem i z innymi mężczyznami i kobietami, ochrona samego siebie odcina nas od uzdrowienia. Stereotypowa lesbijka jest ostrym i gniewnym babochłopem, której nikt nie odważyłby się sprzeciwić. Stereotypowy homoseksualista to przesłodzony chłoptaś, który stara się wszystkim przypodobać i boi się, że mógłby spotkać się z czyjaś dezaprobatą. Mimo że pewnie nie wszyscy jesteśmy odbiciem tych przejaskrawionych stereotypów, większość z nas w jakiś sposób pasuje do tych kategorii albo przejawiamy inne cechy odzwierciedlające nasze obawy, co się stanie, jeśli wytkniemy nos spoza swoich zabezpieczeń. Jeśli nadal obecne są główne problemy homoseksualne, prawdopodobnie nadal zastawiamy się tymi barierami zabezpieczającymi. Jak sobie z tym radzić? Jeśli groźna odrzucenia, wykorzystania czy upokorzenia jest tak wielka, że trzymała nas aż dotąd w wirtualnym więzieniu, jak mamy zacząć wszystko od nowa? Jak wyjść zza tych murów? Myślę, że powinniśmy zacząć od zidentyfikowania naszych największych lęków. Zapytajcie samych siebie, jaka jest ta straszna rzecz, która tkwi tuż pod przykrywką waszej świadomości i powstrzymuje was przed robieniem tego, czego pragnie jakaś część was; co w swoim odczuciu powinniście zrobić? Czy jest to lęk przed odrzuceniem lub upokorzeniem, a może przed krzywdą fizyczną, porażką, zdradą? Sądzę, że z pomocą poważnej refleksji i modlitwy jesteśmy w stanie je zidentyfikować. Następnie, postarajcie się stwierdzić, co zrobiliście, aby chronić siebie w tej sferze. Może zawsze staraliście się kontrolować sytuację, nigdy nie przywiązywaliście się do nikogo ani do niczego, nigdy nie robiliście tego, co jest normalne i przyjęte w naszej kulturze dla mężczyzny i kobiety, nigdy nie kochaliście, aby nie narazić się na odrzucenie? Kiedy już stwierdzicie, jakie stosowaliście formy ochrony samego siebie, stańcie przed Panem i zobaczcie, czy musicie okazać żal z tego powodu. A może przed Bogiem i współbratem w wierze należy odrzucić uczynione w dzieciństwie przyrzeczenie, które nadal rządzi waszym życiem. Następna rzecz może być nieco trudniejsza do określenia czy wyobrażenia. Jeśli stanie się to, czego się lękacie, jak na to zareagujecie? Jeśli poniesiecie porażkę albo zostaniecie odrzuceni lub upokorzeni, co stanie się w waszym wnętrzu? Czy czeka was śmierć? Czy rana będzie tak wielka, że nigdy nie uda jej się wyleczyć? A może będziecie bardzo cierpieć przez pewien czas? Najczęściej jest to czas cierpienia. Potem zadaj sobie pytanie: ?Czy chcę ponieść te konsekwencje, dla swojego uzdrowienia i dalszego wzrostu?” Albo jeszcze lepiej: ?Czy chcę zaufać Jezusowi i pozwolę Mu, aby przeprowadził mnie przez takie cierpienie?” Jeżeli uważamy, że Jezus nie pozwoli nam cierpieć, to znaczy, że nie patrzymy trzeźwo na życie. Może ono być niezbędną częścią naszego wzrastania, ale możemy być pewni, że będzie chronił nas przed najgorszymi konsekwencjami tego, czego się lękamy. Nie zostawi nas. Nie przestanie nas pocieszać. Nie pozwoli, abyśmy się załamali. Odkrywając to we własnym życiu, poznamy Go i wkroczymy w relację z Nim znacznie głębszą od tej, której dotąd doświadczaliśmy. Właśnie poprzez tę relację dokonuje się nasze uzdrowienie. Kiedy wkroczymy w swoje lęki, odkryjemy tkwiący w nas potencjał i zaczniemy wchodzić w życiodajne relacje z innymi ludźmi. Nie jest to łatwy i szybki proces. Ja sam nadal toczę walkę z co najmniej jedną rzeczą, z której pragnę uczynić swoje własne zabezpieczenie – z unikaniem dezaprobaty ze strony innych osób. Ale nawet wtedy, gdy wyszedłem poza własne mury obronne, ufając Jezusowi, i boleśnie upadłem, skutki nigdy nie były tak straszne, jak się tego spodziewałem. Czasami upadek nie był taki straszny. I zawsze był przy mnie Jezus. Aby dalej radzić sobie w życiu, wielu spośród nas będzie musiało na całe życie zrezygnować ze wznoszenia własnych murów obronnych i zacząć widzieć swojego obrońcę w Jezusie.

 

 

 

 

 

Alan Medinger

 

      Artykuł ten pochodzi z biuletynu „Regeneration News” z grudnia 1995 r i został

opublikowany za zgodą Autora.