Czy było warto? TAK, mogę powiedzieć, że zmieniłem się na lepszego człowieka, moje życie ma sens, Każdy dzień przynosi wiele radości, mam satysfakcje z tego, że jestem na tym miejscu gdzie jestem teraz. — Bernard

Czytelnia

„KIEDY PO POMOC PRZYCHODZI HOMOSEKSUALISTA „

KIEDY PO POMOC PRZYCHODZI HOMOSEKSUALISTA

 

 

Z tą sprawą idzie się do seksuologa, do psychiatry, czasem jednak spotyka się kogoś podobnego i już nie szuka się wyjścia.

Do księdza mogą trafić chyba tylko nieliczni: ci, którzy próbują stawiać sobie pytania o Boga, grzech, piekło, po chrześcijańsku rozumianą uczciwość, możliwość zbawienia się… A jednak każde z tych nielicznych spotkań pozostawiło w mojej pamięci wyraźny ślad. Bez względu na to, czy podczas rozmowy udało się dojść do wspólnych wniosków, czy też rozeszliśmy się w różne strony, długo noszę w sobie ten dziwny ludzki los. Nie znam odpowiedzi na pytanie, skąd i dlaczego dzieje się z człowiekiem coś jednak dla mnie dziwnego.

 

Czy jest możliwe, aby to Bóg postawił kogoś przed tak trudnym problemem?

Jak zresztą ktoś o orientacji heteroseksualnej może zrozumieć to odmienne doświadczenie? To, co uderza po kilku zdaniach rozmowy, to często: strach, gorycz i agresja. Jednakże już sam fakt, że on przychodzi do księdza, znaczy bardzo wiele. Ten ktoś nosi w sobie trudne pytania. Dlaczego jest tak jak jest, skąd „to” przyszło na niego, co będzie dalej? I najważniejsze pytanie – jak teraz żyć? Bóg w jego oczach jest Kimś niebezpiecznym. Jeden z moich rozmówców przeczytał kiedyś w Biblii, że „mężczyźni współżyjący ze sobą nie odziedziczą Królestwa” i uznał, że po prostu jest potępiony. Przyszedł chyba mi to oznajmić.

 

Bał się. Bał się siebie, bał się Boga, bał się ludzkiej opinii.

Bał się i chyba dlatego był agresywny, zbuntowany przeciwko Bogu, oskarżający Kościół i ludzką społeczność. Inny bał się tego, że jedyną na świecie społecznością, która go zaakceptuje, jest ta, której nienawidzi: społeczność homoseksualistów. Nie chciał być „taki” ale „taki” był i czuł się wyrzucony z wszystkich innych społeczności. Homoseksualistów nienawidził, ponieważ nie akceptował i nienawidził siebie takiego, jakim był. Koło się zamyka. Pozostała rozpacz. Ten człowiek miał pretensje do Boga, że jego modlitwa o to, by był „normalny” nie została wysłuchana. To stało się dla niego bezpośrednią przyczyną odrzucenia Boga i doprowadziło do utraty wiary. Później, po doświadczeniach homoseksualnych, lęk przed brakiem akceptacji ze strony rodziny i społeczeństwa rozrósł się do rozmiarów nerwicy.

 

Czuł się odrzucony.

Płakał jak zranione i wystraszone dziecko. Ciąg dalszy tej historii jest dramatyczny. Jedyną osobą, która go przyjmuje i akceptuje w pełni, wraz z jego homoseksualizmem, jest inny homoseksualista. Zaprasza go do przyjaźni, obiecuje, że będzie ona czysta, bez seksu. Ten przyjaciel zwyczajnie grał na czas. Oswajał go z myślą o homoseksualizmie jako czymś zwyczajnym, normalnym, nawet jakoś „lepszym” od doświadczeń innych, zwyczajnych ludzi. Po jakimś czasie ten, wcześniej wystraszony, broniący się i rozpaczliwie wzywający pomocy człowiek, był już „po drugiej stronie”. Dokonała się w nim jakaś przemiana. Myślę, że chęć do walki o moralną prawość złamał w nim fakt współżycia homoseksualnego. Pogodził się z przegraną. Poddał się, stwierdził, że taki jest i taki pozostanie. A doświadczenie homoseksualne, które dotąd wydawało się nie do pomyślenia, wytłumaczył sobie jako „naturalne”, zgodnie z nową skalą wartości, która pozwala mu pogodzić się ze sobą. Kiedy przyszedł do mnie później, nie szukał już odpowiedzi. Chciał tylko wypowiedzieć swoje oskarżenia (ale to przecież dowód, że nie zamknął jeszcze ostatecznie drzwi do pojednania). Kojarzyłem się mu już tylko z instytucją, która go oskarża i wydaje wyrok. Chciał się przed tą instytucją wytłumaczyć. Wypowiadał przede mną swoje oskarżenia i tłumaczył, że już nie może inaczej. Liczył na to, że jako instytucja, wydam wyrok usprawiedliwiający. To by chociaż rozwiązało problem piekła.

 

Nie znam odpowiedzi na pytanie o pochodzenie homoseksualizmu.

Tak samo jak nie znam wyczerpującej odpowiedzi na pytania o pochodzenie nieuleczalnych chorób noworodków czy sensu ludzkiego kalectwa. Problem czyjegoś homoseksualizmu widzę trochę podobnie jak tamte: jako zadanie, które na człowieka spadło nie wiadomo skąd. Można je przyjąć i dojść na wyżyny świętości lub zanegować i pójść na dno. Tak, jak z innymi ludzkimi doświadczeniami. Jest jednak coś, co wspólnie możemy zrobić. Kiedy przychodzili do mnie ludzie z homoseksualną opcją, okazywało się, że nie mogę już pomóc, ponieważ pojawiali się za późno. Nie przychodzili po naukę, ale z gotowymi odpowiedziami. Moje słowa o tym, że każdy człowiek może Boga znaleźć i może dojść do wyzwolenia z nieszczęścia grzechów, trafiały wtedy na urobiony wcześniej grunt. Jest nim społeczny „dogmat”, wyrażający się w przekonaniu, że „seks być musi”. Mój rozmówca wie, że jeżeli ktoś jest heteroseksualny musi uprawiać seks heteroseksualny, a jeżeli ktoś jest homoseksualny, będzie musiał uprawiać seks homoseksualny. Ksiądz tego dogmatu nie zmieni, ale może zmniejszyć poczucie winy. Ewentualnie niech ksiądz wypowie do końca tę prawdę, której każdy człowiek najbardziej się obawia: „jesteś potępiony”. (Całkiem na marginesie dodam, że rolą Kościoła jest prowadzić ludzi do zbawienia, nie do potępienia. Rolą księdza nie jest orzekanie o czyimś wiecznym potępieniu.)

 

Przekonanie każdego z homoseksualistów, których spotkałem, że „seks być musi” jest tak głębokie, że w praktyce niweczy możliwość pomocy.

Próby przekonania, że tak nie jest, że na przykład ja nie żyję seksualnie, niestety nie pomagają. Myślę, że ten wspólny, a zarazem nieprawdziwy, społeczny pogląd z jednej strony wypływa z opiniotwórczej roli mediów, z drugiej zaś wynika z młodzieńczych problemów każdego człowieka z odnalezieniem równowagi seksualnej, ze złych doświadczeń środowisk, w których się żyje seksualnie poza małżeństwem, z doświadczenia masturbacji, którego człowiek się wstydzi i z którego nie widział wyjścia. To są chyba jedne ze źródeł fatalnego współczesnego aksjomatu, że „seks być musi”.

Warto przy tej okazji poruszyć sprawę, która dotyczy nas wszystkich.

 

Jest to pytanie: jak odwrócić społeczną presję „konieczności” uprawiania seksu.

Kiedy ludzie dowiadują się, że jestem zakonnikiem, pytają mnie niekiedy: „a jak wy sobie tam radzicie, kiedy macie chęć?” Pytają o to z uśmieszkiem, który świadczy o tym, że oni już nie oczekują mojej odpowiedzi. Wiedzą lepiej. Warto, byśmy wszyscy zadawali sobie to pytanie, jak odrzucić ten społeczny stereotyp, że człowiek musi się w jakiś sposób seksualnie zaspokoić.

Doświadczenie życia w zakonie przekonuje mnie, że człowiek nie musi spełniać się poprzez przeżycie seksualne. Seks jest inną potrzebą niż potrzeba snu czy jedzenia. Ta głęboka ludzka potrzeba ma być spełniona, jednak niekoniecznie przez doświadczenia erotyczne. Ta wpisana w naszą stukturę dynamika ujawnia nam potrzebę zjednoczenia z kimś w miłości. Może być zaspokajana przez kontemplację lub przez czynną miłość.

 

Człowiek nie jest zdeterminowany do seksu.

Ale człowiek nie może żyć bez miłości. Miłości prawdziwej, bez przemocy, dominacji, bezwstydu, poniżenia i niesprawiedliwości. Na podstawie moich rozmów z homoseksualistami widzę, że droga wyzwolenia, jaką jest szukanie Boga i wynikające z tego pragnienie moralnej prawości, najczęściej zamyka się po bezpośrednim doświadczeniu seksu. Póki u moich rozmówców istniało tylko podejrzenie: jestem czy też nie jestem homoseksualistą, póty przez wyjaśnienie struktury popędu seksualnego, lęk przed „innością”, który dotąd koncentrował na sobie i pchał w homoseksualizm, słabł. Mogła jeszcze odwrócić się dynamika pragnienia seksualnego: z pragnienia posiadania czegoś przemienić się w zdolność daru i pragnienie prawdziwej miłości. Samo przeżycie seksualne przestaje wtedy być tak bardzo ważne. Ale w praktyce, było to możliwe, dopóki jeszcze nie pojawiło się bezpośrednie doświadczenie seksualne. Oczywiście pisząc to podkreślam raz jeszcze, że opowiadam tutaj tylko swoje spotkania i dlatego nie uważam, że tak musi być zawsze.

 

Kiedy przychodzi po pomoc homoseksualista radzę mu to, co radzę osobom mającym wątpliwości w wierze.

Ważne jest to, by w chwili kryzysu zadawać sobie najważniejsze pytania. Pytania zadawane Bogu, sobie, Kościołowi pozostają pytaniami. Nie oznaczają od razu odrzucenia Boga. Zadawane, już zbliżają nas do odpowiedzi. Po drugie, ważny jest poziom czynu: żyć tak, jak żyłem, dopóki nie miałem obecnych wątpliwości. I trzecia sprawa: nie popełniać grzechów. Homoseksualistom radzę, by nie popełniali nieczystości, by nie popełniali takich czynów, które uznawali za niemoralne, dopóki nie mieli wątpliwości co do swojej seksualnej opcji. Nawet jeśli teraz oceniają siebie inaczej. Znam bowiem tylko kilka sytuacji ludzi, którzy po doświadczeniu homoseksualnym odkryli, że homoseksualistami nie są i mogli się z tej obsesyjnej myśli wyzwolić.

 

A jako ksiądz, kiedy spotykam człowieka poszukującego drogi, mówię po prostu, że dla mnie najbardziej cudowne jest to, że prawdziwa miłość naprawdę istnieje. I że jest droga, na której można ją odnaleźć.

Mirosław Pilśniak OP