Kiedy patrzę wstecz i myślę, czym mogło być moje życie w porównaniu z tym, czym jest, przepełnia mnie uczucie głębokiej wdzięczności. — Alan Medinger

Czytelnia

Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą!

                                                                       Cześć, jestem Aga :)

Mam 19 lat, i może opowiem Wam swoją historię. Z nałogiem masturbacji męczyłam się przez kilka dobrych lat. Wszystko zaczęło się całkiem niewinnie, młoda „gówniara” chciała oglądać filmy dla dorosłych, wiecie, jak się mówi dziecku nie rób, to dla dziecka(nastolatka) to zachęta do nieopanowania. Zwłaszcza, że rodzice sprawili mi prezent, piękny, własny telewizor, który stał w moim pokoju. I przez wiele lat, był to tylko i wyłącznie nałóg pornografii. Niestety po jakimś czasie po przez filmiki, odkryłam, że można samemu sobie zrobić „dobrze”. I tak się wszystko zaczęło, na początku było to całkiem nieświadomie. Naczytałam się w kolorowych gazetkach, że to wszystko jest normalne, i każdy nastolatek tak powinien, że to wręcz „na zdrowie”. Podobało mi się to, i nie traktowałam tego jak nałóg. A wręcz przeciwnie, (patrząc na to z perspektywy czasu, typowe myślenie człowieka uzależnionego), a mianowicie: „w każdej chwili mogę przestać”. Do tej pory pamiętam, swoje przerażenie, gdy na którejś lekcji religii w gimnazjum usłyszałam, że trwam w grzechu śmiertelnym. Wtedy nawet nie byłam „blisko” kościoła, ale stwierdzenie grzech śmiertelny jakoś we mnie bardzo uderzyło. Poszłam do spowiedzi, jakoś ciężko było mi to z siebie wydusić. Niestety po spowiedzi bardzo szybko wróciłam do nałogu. Owszem miałam nawet przerwy kilku miesięczne, ale potem i tak wracałam. Wpływało na to wiele czynników: *samotność (potwierdzam stwierdzenie, że samotnym jest się także wśród ludzi). *odrzucenie ze strony środowiska (mieszkam w dość ziomalskiej okolicy, zawsze jakoś źle się czułam w tej okolicy, z jednej strony błogosławieństwo wielkie Boga-bo nigdy nie ciągnęło mnie do picia, palenia, ćpania, itd. Z drugiej strony było to również powodem nie akceptacji ze strony ziomali. Byłam inna, niedzisiejsza, zresztą nadal jestem;) I te odrzucenie, było również pokrywane czynami, nie raz się dostało śnieżką w łeb, czy usłyszało wyzwiska i wulgarne słowa na swój temat. Więc nałóg, wprost idealny sposób na odreagowanie. *pragnienie przyjemności, choć przez chwile poczuć się szczęśliwą, poczuć emocje. *pragnienie zapomnienia *nie wiara w to że kiedykolwiek będę szczęśliwa, więc „co mi szkodzi” -tak wtedy myślałam. Ponad to miałam świetne warunki w domu, duży własny pokój z dala od wszystkich, z telewizorem, w późniejszym czasie komputerem, netem. Wręcz idealne warunki. No i zaczęła się moja walka. W czasie bycia w nałogu wstąpiłam do oazy, było to jakieś już prawie 5 lat temu. Zbliżałam się do Boga, ale z nałogu wyjść nie mogłam. Chyba głównie dlatego, bo liczyłam na własne siły. „mogę przestać, kiedy zechce”. Lecz takie myślenie sprawiało jedynie to, że ciągle upadałam. Mało tego spowiedzi nie traktowałam, jako drogę do wyjścia z nałogu, tylko jako takie odpukanie, i uciszenie na chwile własnego sumienia. Pomysł stałego spowiednika nawet dla mnie nie istniał, wolałam chodzić do różnych księży, żeby mi odpukali i nie drążyli tematu, no bo po co, przecież sama sobie poradzę. No i takie myślenie spowodowało jeszcze większy upadek. Któregoś dnia przystąpiłam do Komunii Św. gdy byłam w tym grzechu. Z perspektywy czasu, nie wiem na ile świadomie to zrobiłam, ale zrobiłam. Czyli tym samym dopuściłam się świętokradztwa. Po czym poszłam do spowiedzi i nie nazwałam rzeczy po imieniu, tylko powiedziałam, że przystąpiłam do Komunii Św. gdy miałam grzech, ks. nie drążył tematu, a ja się z tego powodu cieszyłam. Czyli tym samym moje późniejsze Komunie i Spowiedzi nie miały sensu, ponieważ zataiłam grzech. Po paru miesiącach poczułam, że jednak mi bardzo ciąży na sumieniu. Pamiętam, że było to przed moimi drugimi rekolekcjami oazowymi, był to 1′. Dzień przed wyjazdem postanowiłam że pójdę do spowiedzi, jak na złość byłam w paru kościołach, ale żaden ksiądz nie spowiadał. Przez co musiałam wyspowiadać się na rekolekcjach, co było dla mnie wielkim przeżyciem. Po pierwsze, zawsze bałam się spowiedzi prosto w oczy, po drugie musiałam wyspowiadać się z nie lada grzechów, po trzecie ks. na rekolekcjach był kiedyś u mnie w parafii, i był „znajomy” znał mnie, co jeszcze bardziej mnie odrzucało. No i w końcu się przełamałam, była to chyba moja pierwsza w życiu spowiedź kiedy to spowiedź nie była „odpukaniem” tylko szczerą, luźną rozmową, gdzie powiedziałam wszystko od początku do końca. Po rekolekcjach poszłam jeszcze na pielgrzymkę, i było super, niestety równie szybko jak wróciłam do domu, tak samo szybko wróciłam do nałogu. I od tego czasu zaczęła się moja świadoma walka z nałogiem, kiedy to świadoma tego że mam problem, i że sama sobie nie umiem z tym poradzić próbowałam wszystkiego, aby uwolnić się od tego nałogu. Katowałam się ćwiczeniami, aby się męczyć i nie mieć siły na nic, powtarzałam ciągle słowo „Jezus” bo gdzieś któryś ksiądz mi powiedział, że takie akty strzeliste ratują w takich sytuacjach, gdy szłam spać, miałam w ręku różaniec, nawet kiedyś skropiłam łóżko wodą święconą. Niestety zawsze umiałam znaleźć miejsce, sytuacje, pretekst żeby upaść. Wręcz czasami wracałam do domu z jedyną myślą w głowie „zrobić to” jak najszybciej, jak najwięcej, jak najdłużej. Potem oczywiście czułam się beznadziejnie, moja samoocena miała się jeszcze gorzej, moje życie emocjonalne karłowaciało, a w sumie to w ogóle zanikało. Nie chodziłam do spowiedzi, bo wiedziałam, że później nie będę mogła tego zrobić, albo robiłam to z myślą, że skoro Bóg mnie kocha to i tak mi przebaczy. Po jakimś czasie stwierdziłam, że walka z tym nie ma sensu, wtedy też przyszedł czas buntu. Powiedziałam, że dość grzecznej, posłusznej, cichej, potulnej, religijnej Agniesi. Przestałam się modlić, przestałam chodzić do kościoła (nawet w niedziele), przestałam chodzić na oaze. Albo chodziłam z przymusu tylko na spotkania formacyjne, żeby je „zaliczyć”. Przestałam ograniczać się tylko do oazowych imprez, zaczęłam żyć dzisiejszym życiem. Bywało picie na imprezach, z podrywaniem chłopaków też nie było problemu, zaczęłam patrzeć na nich nie jak na człowieka, ale jak na towar. Nałóg przestał być dla mnie problemem, robiłam to bo mogłam, żaden kościół, Bóg nie stał mi na przeszkodzie. I tak trwałam przez jakiś czas, próbowałam sobie i innym udowodnić, że umiem również w ten sposób żyć, że Bóg nie jest mi do niczego potrzebny, a już na pewno nie do szczęścia. Świetnie umiałam odnaleźć się w tej roli, ale właśnie…. W TEJ ROLI… Tak w głębi czułam, że nie jestem prawdziwa, że tylko coś odgrywam, że nie jestem sobą. Że próbuje być kimś, kim naprawdę nie jestem i gdzieś w głębi nie chce być. I stwierdziłam, że to nie ma sensu, poszłam do spowiedzi wyrzuciłam to wszystko z siebie i zaczęłam od nowa.

                                                              KOCHAĆ TO ZNACZY POWSTAWAĆ.

I tak też zrobiłam, zaczęłam znowu walczyć z nałogiem, który jakby nie patrzeć, był przyczyną wielu upadków w moim życiu. Poszłam na układ z Panem Bogiem;) Panie Boże daj mi łaski aby mieć siły do walki, wytrzymam, ale proszę, ześlij mi jakąś bliską osobę, bo sama nie dam rady. Wytrzymałam pół roku, był to okres bardzo ciężki, była w moim życiu pustka, której niczym nie umiałam zapełnić, była we mnie ogromna obojętność, brak jakichkolwiek emocji, bliskie osoby poodchodziły, budowałam w wokół siebie mur, przez który nikt się nie przebijał, nawet nikt nie stał obok tego muru. Wszyscy sobie darowali mnie. A ja? Byłam obojętna, przy okazji zatraciłam kila wartościowych relacji. Obojętność i pustka górowały. Ale ja mocno trwałam w postanowieniu, modląc się o siły, i wierząc, że jeśli wytrwam, to Pan Bóg ześle mi Kogoś ważnego. Pojechałam na rekolekcje, 2′ ONŻ. I Ktoś się pojawił, Ktoś bardzo ważny. Odczułam to jak odpowiedź Pana Boga na moje błagania. ;) I że jejku, to wszytko ma sens!:) W życiu nie ma przypadków:) I Bóg ześle łaski, jeśli z wiarą będziemy o nie prosić…

Ale trzeba być cierpliwym, to nie jest że poproszę Boga, pstryk i jest, życie odmienione. Pan Bóg daje łaskę, ale my musimy chcieć z nią współpracować. Musi być dialog. Ostatnio Pan Bóg znów mnie bardzo próbuje, ja sama popełniłam wiele błędów, zdaje sobie z tego sprawe, znalazłam się w sytuacji gdzie zostałam bez studiów, bez pracy, bliscy się oddalili, „coś” bardzo ważnego stanęło pod znakiem zapytania. Ale mimo to, nawet przez głowę mi nie przeszło, żeby wrócić do nałogu! :) Mimo że szatan bardzo atakuje, po przez np. sny, lęki, bezsenność. Ale czuję że Pan Bóg mnie dzięki swojej łasce uzdrowił! :) Mało tego, poniekąd dzięki nałogowi, a raczej dzięki walce z nim, wyćwiczyłam sobie silną wole, i jeśli sobie coś postanowię, to zazwyczaj udaje mi się tego dotrzymać. To taki bonusik-owoc Boży;) CHWAŁA PANU ZA TO! :) I chciałabym w tym miejscu powiedzieć wszystkim, którzy walczą i zmagają się z tym świństwem, którzy upadają, nie mają nadziei i wiary w to że można z tego wyjść, to ja jestem świetnym przykładem na to, że MOŻNA!:) Trzeba tylko się modlić, najlepiej jeśli jest taka możliwość codziennie chodzić na Eucharystie, i jeśli jest taka potrzeba to nawet codziennie chodzić do spowiedzi. Walka będzie trudna, długa, niszcząca, ale warto walczyć!:) Pan uzdrawia:) I jedno zdanie, które zapadło mi w głowie: DOPÓKI WALCZYSZ JESTEŚ ZWYCIĘZCĄ!:)

Aga

http://adonai.pl/czystosc/?id=155