Jednak wyszedłem z bagna i jestem na właściwej drodze!…Dziękuję, bardzo Wam dziękuję! — Karol

Świadectwo Marka II

Mam na imię Marek, mam 21 lat, jestem studentem. W POMOCY2002 jestem zaledwie od kilku miesięcy. Trafiłem tutaj ? nie boję się tego powiedzieć ? dzięki Bożej Opatrzności. To było tak…

 

 

Pod koniec podstawówki zacząłem interesować się sprawami ludzkiej seksualności. Wiadomo, 13-14 lat to wiek, w którym chłopak zaczyna powoli dojrzewać. Wtedy jeszcze było to zainteresowanie bardziej teoretyczne. 31 marca 1997 roku (pamiętam tą datę…) po raz pierwszy ? niemalże przez przypadek ? onanizowałem się. Sprawiło mi to przyjemność, ale nie bardzo wiedziałem, co się stało, co mam o tym myśleć. Zacząłem czytać po kątach w bibliotekach i czytelniach różne książki i poradniki o rozwoju i dojrzewaniu. Szybko spotkałem się z opiniami, że onanizm to coś najzupełniej normalnego pod słońcem, że przecież prawie wszyscy chłopcy to robią, że nie ma z czego robić sensacji… Ja jednak czułem, że coś tu jest nie w porządku. Dlatego szukałem dalej.

Gdzieś z tyłu głowy miałem takie poczucie, że to jednak coś złego, że może to grzech…? Przy jakiejś okazji ? może było to przy robieniu rachunku sumienia z książeczką w ręku ? dotarło do mnie, że onanizm to nie jest coś ?normalnego?, ale że jest to wykroczenie ? i to poważne ? przeciwko woli Bożej. Od tamtej pory zaczęła się moja długa i dramatyczna droga sporu między ciałem i duchem. Onanizm był przyjemny, pozwalał się odprężyć ? a jednocześnie dawał tak krótkotrwałą satysfakcję, tak szybko wszystko wracało do szarej i ponurej rzeczywistości. I trzeba było pójść do spowiedzi. Przez kilkanaście miesięcy wyznając ten grzech ubierałem go w piękne słowa ? ?popełniałem uczynki nieczyste z samym sobą?. Nie miałem na tyle odwagi, by powiedzieć wprost: onanizowałem się.

Mniej więcej w tym czasie poznałem w sieci pewnego starszego ode mnie o 6 lat chłopaka. Bardzo często rozmawialiśmy ze sobą przez internet, zawiązała się między nami przyjaźń. Z czasem spotkaliśmy się w realu. Bardzo dobrze czuliśmy się w swoim towarzystwie. On zawsze czuł się samotny i wyobcowany, nie miał przyjaciół. Ja też potrzebowałem takich relacji. Z czasem zacząłem go traktować jak brata (zawsze marzyłem o bracie…), jak kogoś mi najbliższego. Choć nie zabrzmi to może zbyt szlachetnie ? dostawałem od niego to, czego mi tak bardzo brakowało: doświadczenia zdrowych i czystych relacji z mężczyzną.

W pewnym momencie wszystko się skończyło. Ten chłopak ożenił się i całkowicie o mnie zapomniał. Przestał odpowiadać na listy, przeprowadził się do innego miasta, nie zostawił numeru, nie pożegnał się w żaden sposób. Po ponad roku bardzo zażyłej znajomości z dnia na dzień zostałem sam. Do dziś nie wyjaśnił, dlaczego tak postąpił. To bardzo mnie dotknęło. Ktoś, komu zaufałem, komu tak wiele zawdzięczałem i komu byłem gotów oddać bardzo wiele ? nagle zniknął bez słowa. Wziąłem winę na siebie. Przekonałem samego siebie, że to ja na pewno zrobiłem coś nie tak, że go czymś wystraszyłem, że może zbyt wiele od niego oczekiwałem… Długo nie potrafiłem się po tym pozbierać. Chyba do dziś tak naprawdę mi się to nie udało.

Pod koniec pierwszej klasy liceum całe moje dotychczasowe życie musiało ulec gruntownej przebudowie. Moja mama trafiła do szpitala. Przeszła dwa zawały serca (wcześniej miała już jeden) i wykonywaną w wyjątkowo szybkim tempie operację wszczepienia by-passów. To było zbyt duże obciążenie dla mojej niedojrzałej psychiki. Z dnia na dzień musiałem stać się dorosłym, odpowiedzialnym za matkę facetem, głową rodziny, głową domu.

To nie było łatwe. Nigdy wcześniej w moim życiu nie było żadnego mężczyzny, który pokazałby mi, co to znaczy być facetem, co to znaczy opiekować się kobietą, podejmować decyzje, brać odpowiedzialność, przewidywać konsekwencje wyborów, przyznawać się do błędów. Mój biologiczny ojciec nigdy się mną nie interesował, nie był mężem mojej matki, miał swoją żonę i dzieci… Moja mama dobrowolnie zdecydowała, że wychowa mnie sama. Pewnie chciała dobrze, ale tą decyzją bardzo mnie skrzywdziła.

Gdy więc w wakacje między I a II klasą liceum musiałem wziąć w swoje ręce cały dom i zająć się chorą matką, nie byłem do tego zupełnie przygotowany. Niewiele osób mi wtedy pomagało. Jeśli ktoś oferował pomoc ? to była to bardziej pomoc zewnętrzna, czasami materialna, finansowa. Ja bardziej potrzebowałem wsparcia psychicznego, jakichś wskazówek, co robić, pocieszenia, gdy coś się nie udało, zrozumienia, gdy miałem dość. Niestety, od matki tego nie otrzymywałem.

Choroba zupełnie ją załamała. Siedziała całe dnie w domu, wpatrzona w szklany ekran. Nie wychodziła na spacery. Z dnia na dzień co raz bardziej zamykała się w sobie i izolowała od innych ludzi. Od innych ludzi… ale nie ode mnie. Ja stałem się dla niej jedynym oparciem, w jej mniemaniu jedyną osobą, która przy niej była i która ją rozumiała. Szybko dostrzegła, że jestem gotów zrobić dla niej wszystko. Biegałem więc po sklepach, odwiedzałem urzędy, załatwiałem lekarzy, sprzątałem, wychodziłem z psem, robiłem pranie, stałem w kolejkach, by opłacać rachunki…

Ja tego nie widziałem. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy z tego, jak bardzo moja matka mnie wykorzystuje, jak łatwo manipuluje moimi uczuciami. Kiedy próbowałem jej odmówić, bo miałem jakieś ważne sprawy albo zwyczajnie w świecie nie miałem ochoty iść do sklepu po zakupy ? zaczynała czynić mi wyrzuty, że już jej nie kocham, że nie może na mnie liczyć… To skutkowało. Bardzo łatwo udawało jej się wzbudzić we mnie poczucie winy. To spowodowało, że szybko nauczyłem się głęboko chować moje prawdziwe uczucia i potrzeby. Spychałem je, bo przecież musiałem być ciągle w pełni do dyspozycji mojej mamy. A ona z czasem nie musiała już powtarzać, jak bardzo jest chora i słaba, miałem to już zbyt dobrze ułożone w głowie… Nigdy nie słyszałem z jej strony żadnych pochwał, żadnego wyrazu docenienia moich wysiłków i starań. Jeśli zrobiłem coś z własnej inicjatywy, żeby ją czymś mile zaskoczyć ? słyszałem na przykład: ?to fajnie, że zrobiłeś zakupy, ALE ZAPOMNIAŁEŚ O MĄCE…? Nacisk był położony za każdym razem na krytykę, na wskazanie braków. Słuchanie takich uwag codziennie przez kilka lat sprawiło, że zupełnie przestałem wierzyć we własne siły i możliwości.

Im bardziej nie radziłem sobie z tym wszystkim, im większy był rozdźwięk między moimi prawdziwymi uczuciami i potrzebami, normalnymi w wieku 15 czy 17 lat, tym chętniej uciekałem w świat seksu. Przez długi czas ograniczało się to do onanizmu. Tyle że teraz to nie było już raz na kilka tygodni, ale kilka razy na tydzień. I po niemal każdym upadku leciałem do spowiedzi, ksiądz cierpliwie rozgrzeszał, ja skruszony obiecywałem, że nigdy więcej… i mijało kilka dni, i historia zaczynała się od początku. To jeszcze bardziej mnie wewnętrznie rujnowało, bo myślałem, że skoro nie jestem w stanie zapanować nad samym sobą, to znaczy, że rzeczywiście jestem do niczego. Takie patrzenie na tą sprawę wzmacniali też niestety moi spowiednicy, którzy przekonywali: ?co z ciebie za facet, skoro nie potrafisz się opanować nawet przez kilka dni?. Ksiądz to ksiądz, wie, co mówi (tak wtedy bezkrytycznie myślałem), więc uwierzyłem.

Coraz częściej pojawiały się we mnie myśli homoseksualne. Zauważyłem, że chociaż więcej czasu spędzam z dziewczynami (przez całe życie było ich wokół mnie aż za dużo: w domu matka i starsza o 8 lat siostra, w podstawówce w klasie 24 dziewczyny i 6 chłopaków, same nauczycielki, w liceum proporcje jeszcze gorsze…), to jednak bardziej interesują mnie mężczyźni. Zacząłem się za nimi oglądać. Nigdy nie byłem super przystojny, nie nosiłem najnowszych ciuchów, nie stać mnie było na wypady do kina czy na jakieś imprezy, z powodu nadmiernej troski mojej matki nie brałem udziału w zajęciach w-fu, nie słuchałem modnej muzyki ze szczytów list przebojów. Jednym słowem ? odstawałem od chłopaków w moim wieku. Zacząłem wpadać w jeszcze większe kompleksy. Stopniowo odsunąłem się od moich kolegów, zresztą oni też nie wykazywali zbyt wielkiego entuzjazmu w kontaktach ze mną. Nieraz zdarzało się, że bezczelnie mnie wyśmiewali, drwili ze mnie, czasami wręcz obrzucali jakimiś śmieciami…

W innych mężczyznach zacząłem więc szukać tego wszystkiego, czego mnie (w moim mniemaniu) brakowało. To dlatego bardziej interesowali mnie zawsze wysocy, dobrze zbudowani, przystojni mężczyźni, o wyraźnych rysach twarzy i ciemnej karnacji. Jeśli chcesz sobie wyobrazić, jak ja wyglądam, zrób z powyższego opisu negatyw… Do onanizmu dołączyła pornografia. W wydaniu męskim. Nie miałem odwagi kupić jakichś czasopism w kiosku, miałem za to dostęp do internetu. To oczywiście wciągnęło. W ciągu kilku godzin potrafiłem ściągnąć z sieci kilka tysięcy zdjęć… I wciąż porównywałem facetów z ekranu ze sobą. I wciąż wypadałem beznadziejnie słabo. To mnie jeszcze bardziej dołowało. Żeby się jakoś dowartościować, żeby poczuć się ?prawdziwym mężczyzną? ? onanizowałem się. To mi dawało chociaż na krótką chwilę poczucie, że jestem dokładnie taki sam jak oni. To była samonapędzająca się spirala.

W drugiej klasie liceum zdobyłem się na odwagę i zacząłem chodzić z dziewczyną. Gdzieś podświadomie myślałem, że jeśli będę umiał z nią być, jeśli będę miał dziewczynę ? to może nie wszystko stracone, może nie jest ze mną aż tak źle, jak myślałem? Trwało to prawie półtora roku. Ona od samego początku wiedziała o moich wątpliwościach związanych z orientacją seksualną. Była wyrozumiała, próbowała pomagać, ale nie wiedziała, co może zrobić. Wciąż pytała, czy na pewno mi się podoba, czy mnie pociąga… Na pierwszy pocałunek odważyłem się dopiero po roku. Potem wszystko potoczyło się dość szybko. Tak, sypialiśmy ze sobą. Ale ja ciągle miałem wrażenie, że to jest jakieś okłamywanie siebie i jej, że lepiej byłoby mi z chłopakiem… Kiedy doszedłem do wniosku, że nasz ?związek? nie jest oparty na żadnej miłości, a jedynie na chęci udowodnienia sobie czegoś, jakiegoś sprawdzenia siebie ? rozstaliśmy się.

Dziś mam poczucie, że ją skrzywdziłem i wykorzystałem, że traktowałem ją bardzo niedojrzale, że w tym wszystkim najważniejszy byłem ja i moje potrzeby. Szukałem w tym samego siebie i odpowiedzi na pytania, które stawiałem sobie co dnia ? kim jestem? czego chcę? czego mi brakuje?

Moja ?samotność? trwała zaledwie kilka miesięcy. W wakacje trafiłem po raz pierwszy w życiu na gejowskiego czata. Szybko znalazłem tam chłopaka z mojej okolicy. On też nikogo wcześniej nie znał. Spotkaliśmy się raz, pospacerowaliśmy, poopowiadaliśmy o sobie. Potem kolejnych kilka spotkań… aż skończyliśmy na ławce w parku. Nie było to na szczęście nic poważnego, zdarzyło się tylko kilka razy, znajomość trwała niecałe 2 tygodnie. Ale ja wtedy bardzo wyraźnie czułem, że to jednak nie to, że to tylko pogłębia moją wewnętrzną ranę. Czułem, jakbym dosypywał do niej soli. To bardzo bolało. Czułem, że odzieram się z resztek godności. Ja nie tego szukałem. Nie potrzebowałem tak naprawdę seksu. Potrzebowałem męskiej bliskości, dotyku, potrzeby bezpieczeństwa ? tego wszystkiego, czego nie doświadczyłem w moim dzieciństwie od ojca, a czego nie mogła mi zapewnić moja mama. Nie dlatego, że nie próbowała ? dlatego że nie była moim tatą…

Od tamtej pory zacząłem gdzieś podświadomie szukać pomocy. Przez pewien czas chodziłem do psychologa, ale on nie umiał mi powiedzieć nic ponad ?zaakceptuj siebie, nie walcz z tym, bo będziesz wiecznie nieszczęśliwy?. Potem trafiłem do kolejnego fachowca, który po dokładnie 2 minutach rozmowy ze mną ? po tym, jak zdążyłem powiedzieć, ile mam lat, z czym przychodzę i kim są moi rodzice ? stanowczo stwierdził: ?Ty nie jesteś homoseksualistą?. Wtedy nie byłem gotowy, by to usłyszeć, choć tak bardzo tego chciałem. Wyszedłem i trzasnąłem drzwiami.

Po kilkunastu kolejnych miesiącach męczarni, walki o czystość i ciągłych upadków, sięgania po pornografię i coraz większego urozmaicania sobie przeżyć erotycznych, usłyszałem o książce Cohena ?Wyjść na prostą?. Polecił mi ją mój stały spowiednik, który o wszystkim wiedział. Ta książka wpadła mi w ręce kilka miesięcy później, w dość niecodziennych okolicznościach. Przeczytałem ją wtedy dość pobieżnie i pomyślałem: ?To wszystko ma ręce i nogi, z tego da się wyjść, to nie jest nieodwracalne, wreszcie jest nadzieja?. Tyle że cała praca miała się opierać na grupie wsparcia. A ja takiej grupy nie miałem. Zacząłem jej więc szukać.

W internecie trafiłem na informacje o lubelskiej Odwadze. Napisałem tam kilka razy. Ostatecznie nic z tego nie wyszło. Pewnie byłem za mało zdeterminowany. Kiedy po trzech miesiącach czystości (tak, przez tych ponad 7 lat zdarzały się kilkakrotnie takie dłuższe okresy bez onanizmu, czasami trwały miesiąc, czasami nawet 3 miesiące) upadłem w to samo błoto, kiedy wpadłem w taki ciąg, że było mi już wszystko jedno, kiedy poczułem się naprawdę do niczego ? trafiłem zupełnie przez przypadek na sieciowe wydanie miesięcznika ?Miłujcie się!? Tam zamieszczono świadectwo jednego z chłopaków z POMOCY2002 i podano adres strony. Zajrzałem, poczytałem, znów odnalazłem nadzieję. Postanowiłem napisać, chociaż bardzo bałem się kolejnego rozczarowania.

Bardzo szybko przyszła odpowiedź. Potem było spotkanie z Pawłem, rozmowy… Dalej wszystko potoczyło się już błyskawicznie. W przeciągu miesiąca moje życie znów obróciło się do góry nogami. Poznałem bardzo wielu wspaniałych i wartościowych chłopaków, których życiowe historie w bardzo wielu momentach były niezwykle podobne do mojej historii. Oni ? tak jak i ja ? potrzebowali miłości, zrozumienia i troski. Potrzebowali bliskości. Widzieli we mnie dobro, nie gderali ciągle, że coś mi nie wyszło, ale reagowali zrozumieniem i życzliwością, gdy mi się coś nie udawało. Bardzo trudno było mi na początku się przełamać, obdarzyć ich zaufaniem. Chyba zbyt wiele razy byłem krzywdzony, zbyt wiele razy moja nadzieja była gaszona. Z czasem udało mi się na nich otworzyć ? na nich i na to wszystko, co mi byli gotowi ofiarować.

To Pan Bóg tak pokierował tą historią. Dziś widzę to wyraźnie. To On nie zostawił bez odpowiedzi wielu godzin moich modlitw i płaczu, gdy prosiłem Go, by to wszystko ode mnie zabrał, by mi dodał sił, by mnie uleczył. To On, kochający Ojciec, pozwolił mi znaleźć ludzi, przez których chce mi pomagać, którymi się posługuje, abym był szczęśliwy i żył pełnią życia. Nie przestanę Mu za to nigdy dziękować.

 

Pozostało mi jeszcze tylko napisać chociaż w kilku zdaniach, kim jestem dzisiaj. Jeszcze kilka miesięcy temu przeczytałbyś w tym miejscu: ?jestem nikim, jestem śmieciem, niewartym jakiejkolwiek troski i miłości; jestem homoseksualistą?.

Dziś mogę z przekonaniem powiedzieć: Jestem kochanym dzieckiem Boga, jestem wartościowym człowiekiem, który ma w sobie bardzo wiele dobra, który jest kochany przez innych ludzi, który jest zdolny czynić dobro. Mojej osoby nie da się zamknąć w płaszczyźnie seksualności. To prawda, nie wszystko udało się jeszcze zmienić. Wiem, że dopiero dotknąłem wierzchołka góry lodowej. Zrozumiałem swoje życie, zrozumiałem swoje problemy, dotarłem do swoich zranień i krzywd doznanych od innych ludzi, zarówno od mężczyzn, których w moim życiu zabrakło, jak i od kobiet, które niejednokrotnie były zbyt opiekuńcze i zbyt zaborcze. Przekonałem się, że wszystkie negatywne mechanizmy, których się człowiek nauczył ? można przełamać i wyeliminować. Uczę się budować zdrowe i poprawne relacje z matką. To bardzo wiele kosztuje, jest szalenie trudne, nieraz chciałbym uciec ? ale widzę, jak wielkie efekty przynosi ta systematyczna praca.

 

Nie jestem sam. Zawsze jest przy mnie całe mnóstwo osób, które chcą ze mną nieść moje problemy i dzielić radości, opatrywać moje rany i budować nowe życie. Zawsze mam do kogo się odezwać. Nigdy nie doświadczyłem od nich odrzucenia czy zniecierpliwienia. Zawsze są gotowi zostawić wszystko i zająć się mną, gdy tylko tego potrzebuję i o to poproszę.

Od ponad 175 dni jestem czysty. Ani grama pornografii, ani grama onanizmu, ani grama czata. Czuję się niesamowicie szczęśliwy. Wiem, że to dopiero początek. Wiem, że teraz tym bardziej muszę uważać, bo zbyt szybko mogę się poczuć pewnym siebie. Ale te pół roku czystości nie byłoby możliwe, gdyby nie ci ludzie ? tacy jak ja, z takimi samymi problemami i z tym samym celem: wyjścia na prostą.

 

Boże!

Bądź uwielbiony za tak wspaniały dar!

Tobie chcę ufać!

 

* * * * *

 

Jeśli czytasz to świadectwo i nie wierzysz, że to wszystko możliwe ? spróbuj, zaryzykuj. Co masz jeszcze do stracenia?